poniedziałek, 7 września 2026

 

Poszłam umyć włosy a umyłam całą łazienkę, teraz żeby mi pióra doschły poklikam, chociaż małż wyjął wtyczkę od internetu. Rano wkleję na blogaska, teraz „pokłapię dziobem” w ramach relaksu.

Byłam w sobotę u moich małych kuzynek ( 7 i 5 lat ). Urządziłam im warsztaty szydełkowe, ja wkręciłam się najbardziej. Dziewczyny chyba są za małe, chociaż ja już w wieku 7 lat miałam podstawy opanowane, one nie złapały bakcyla, ale ich mama trochę tak. Wydawało mi się że półsłupki i oczka łańcuszka, to banał i łatwizna, ale jednak nie tak od razu.

Mam listę zamówień ( garderoba Barbi) i tak mnie to zaferowało, że jak wróciłam do domu, to do pierwszej MUSIAŁAM zrobić kamizelkę, a do drugiej nie  mogłam zasnąć, bo intensywnie myślałam jak zrobić spodenki.



Już mnie trochę dłonie bolą i oczy, bo ubranka  dla lalek to precyzyjna robota, trzeba patrzeć i liczyć. Zdecydowanie jestem lepszym odtwórca niż projektantem. Dlatego tak lubię serwetki, gotowy wzór, nie trzeba móżdżyć.

No i chyba już się skończyłam…
W życiu mam zdecydowanie za mało czasu, na swobodne bycie ze sobą, tak sobie podumać, popisać bez ograniczeń, poczytać, wyspać się.

Wypada w tym miejscu docenić, że miałam dwa spokojne dni, nic mnie za mocno nie bolało i rodzina zajmowała się sobą, żadnych nagłych zwrotów akcji.

Powinności względem rodziców skutecznie wyparłam przy użyciu szydełka. Planowałam zrobić im integrację i zapobieganie demencji graniem w uno, albo rummikuba, ale brak mi entuzjazmu, żeby pokonać ich opór. Mama „nie ma czasu”, a ojciec gapi się w ekrany, każde z nich samotnie w swoim pokoju. Bycie razem to męka, oni się nie lubią i nie rozumieją.

W jakim wielu posiadłyście zdolność szydełkowania?



poniedziałek, 31 sierpnia 2026

 Za dużo dziś nie napiszę bo zaraz północ, a mam plany na wczesny poranek, ale w ramach wprawek blogowo_smartfonowych coś skrobnę.

Telefon to straszny złodziej, w coś klikniesz, zaciekawi cię i już trwonisz czas na czytanie. Muszę sobie jakąś dyscyplinę wprowadzić, żeby mnie nurt nie porywał. Chociaż czasem lubię tak zniknąć, bo jak czytam to mnie nie ma, łeb zajęty, nie dzieli włosa na czworo, nie tarza się w bólu istnienia.

Fejsbuk mnie zassał, rolki i szorty nie, skroluję główny ściek i pasjonują mnie ludzkie komentarze, chociaż tak naprawdę moja pasja są ludzie, dlatego czytam komentarze, ale już mam przesyt, muszę to ograniczyć.

Historia o tym jak zostałam prawilną teściową następnym razem. 

Ciekawa jestem na czym wy trwonicie czas na telefonach? I wszyscy też na nich blogujecie?


niedziela, 30 sierpnia 2026

 Przyniosłam sobie laptopa na ławkę z myślą, że coś napiszę, że pojeczę, dokonam  auto_psychoterapii, ale niski poziom baterii pozbawił mnie takiej szansy. 

Piękną pogodą, że żal w domu siedzieć, więc muszę się nauczyć blogować na komórce.

Już rozpaczliwie potrzebuję dokonać refleksji, ale to się nie da zrobić w 5 minut, nawet nie wiem od czego zacząć, nie obejmie wszystkiego na raz. 

Zacznę od końca, od momentu w teraz.

Leżę na hamaku, kaczki się chlapią w wodzie, jaskółki świergolą, pogoda przyjemna, komarów w tym roku nie ma, chociaż jeden plus suszy.

Całe lato minęło pod znakiem chorób mojego ojca, między szpitalami. Tak mnie to zestresowało, że zaliczyłam zaburzenia korzeni nerwowych i po trzech tygodniach  bólu dopiero zastrzyki mi pomogły. A w tym czasie jeszcze były żniwa. Wątpliwym plusem suszy były stosunkowo lekkie żniwa, bo plony były nędzne  i taka też jest niestety nasza skarbonka. 9 hektarów rzepaku nawet nie próbowaliśmy kosić. Najpierw mróz potem susza i zarobek wyszedł ujemny, bo nasiona, paliwo i inne koszty.

Ojciec tymczasem w domu, więc mam chwilę na złapanie oddechu, nie mam złudzeń w jaką stronę to zmierza.

Zaczęło się od sepsy, wyszedł z tego ale jego ciało się kończy, już go opłakuje jak babcię za życia, póki jeszcze jest sobą, bo za chwilę zostaną tylko choroby.

Niewydolność nerek, ciężka niewydolność serca, postępujące problemy z płucami.

Może będę zaglądać częściej, bo psyche potrzebuje ratunku, ale idę ćwiczyć. Wyszukałam jakiś zdrowy kręgosłup, bo mam taki lek że ten ból wróci, a nie chciałabym.

Umówiłam się z koleżusią, że się będziemy wzajemnie motywować.

Czuję taki pośpiech na plecach, robię jedno a czuję napór tych wszystkich innych rzeczy które powinnam zrobić, przez to nie mogę się zrelaksować.

wtorek, 17 marca 2026

 Zasiadłam do komputerka, żeby biurowe prace na rzecz gospodarstwa wykonać, ale jednak potrzebuję Iksińskiego, bo sama nie jestem do końca pewna, co na którym kawałku zasiane i jaki ekoschemat mam tam zaznaczyć. Co dwie głowy to nie jedna. 
I na blogi mnie ściągnęło, niechcący jakby ;D
Niestety już wiosna, pierwsze prace około domowe okupiłam turbo przeziębieniem. Od zapalenia krtani przez kaszle i katary do opryszczki w nosie i na nosie. 
Ale już się pozbierałam, nawet okna umyłam, bo nie mogłam znieść tego jak wyglądają w słońcu. Bociany lecąc, już pewnie chichoczą na myśl o moich czystych oknach :D
Gniazdo mają wyszykowane:










Zdjęcia z 1 marca śnieg już się roztopił, w tym roku wyjątkowo leżał całą zimę. Spadł w grudniu i non stop leżał do marca. Plus był taki że koty się nie brudziły. 
Łapki mi trochę odpuściły, trochę bolą, ale robię bo lubię.

Nie umiem robić zdjęć, kolory są nie takie, nie umiem zadbać o szczegóły, żeby jakieś ładne tło uchwycić. Ja robię obiekt, a potem się okazuje, że mandala uprasowana, ale materiał dookoła już nie ;D|
Ale zawsze dzięki temu na moim tle, mogą się lepiej poczuć ci którzy to potrafią ;)
Nie umiem, przyznaje się i nawet nie mam aspiracji, już musi tak być. 




Mandala poleci za granicę do siostry mojej przyjaciółki, więc bez obręczy, tak łatwiej przetransportować. A ta druga zrobiona nie wiadomo po co, bo wzór mnie zaciekawił ;D





Zaraz się zaczną ogródki trawniki i nie będzie czasu na szydełko. Rolnictwo napawa mnie zgrozą, ceny paliwa i nawozów szybują a ceny tego co produkujemy są na poziomie sprzed 20 lat, jak żyć?
Niezliczone ilości marchwi, pietruszki, cebuli i ziemniaków gniją w polach, część nawet niewykopana, nie było gdzie tego sprzedać. Teraz już trzeba siać, a nie wiadomo, czy będzie zbyt, przetwórnie nie chcą podpisywać umów kontraktacyjnych. 



Powyżej pryzma marchwi, jakich wiele w okolicy. Trzeba było trochę trudu, żeby to zasiać i wykopać, a teraz leży i marnieje. 


piątek, 23 stycznia 2026

 Piąty dzień bez szydełka. W dłoniach duża poprawa.

Nareszcie mrozisko zelżało, - 4 i wiatr, też zimno, ale to trochę inny rodzaj zimna. Wczoraj nie szło się zagrzać, dziś wreszcie czuć, że się pali w piecu. 

Ojciec ma pompę ciepła, do -10 dawała radę, a potem trzeba ja było wspomagać innymi środkami. Żeby skorzystać z dofinasowania musiał wyrzucić z domu normalny piec i teraz modlił się ,żeby mu ta pompa nie stanęła całkiem. Na następną zimę wstawia piec z powrotem, na wszelki wypadek, bo już minie 5 lat. 
Poprzednie 4 zimy były łagodniejsze.

Było tak cholernie zimno, że żal mi było osieroconej przez Figę Fionki i z ganku pozwoliłam jej się przenieść do domu. Ale ilość sierści jaka z niej leci przerasta moją wytrzymałość nerwową. Codziennie odkurzam, wyczesuję ją, ale ten podszerstek sypie się z niej jak zaczarowany. Nawet ją wykąpałam i brakuje mi pomysłów jak opanować te wszędobylskie kłaki.

Jesienią Fionka była poważnie chora, na tropikalną chorobę psów przenoszoną przez komary, Dirofilariozę, serio. Takie już mamy w Polsce komary, bo ona nigdzie nie wyjeżdżała.
Trochę moja wina, bo ona nienawidzi tabletek, Figa łykała wszystko, a ta jak francuski piesek, mamla, nie ma mowy, żeby coś przemycić. Nie wiem czemu ja na to wcześniej nie wpadłam, żeby jej rozpuszczać tabletki i strzykawką wlać do pyska. Męczyłam i ją i siebie żeby połknęła tabletkę, ona pluła uparcie, ja w końcu odpuszczałam, aż ta Dirofilaria nauczyła mnie determinacji, te pasożyty w krwi pływają, na szczęście w człowieku nie gustują.


Może ktoś z was ma jakiś pomysł jak okiełznać  to rude futro?

poniedziałek, 19 stycznia 2026

tradycyjne trzy po trzy, czyli pitu pitu

 Nazywam się Ania i jestem szydełkoholiczką, nie szydełkowałam już jeden długi dzień. 

Znowu mnie dopadło!
Tak lubię szydełkować, odpręża mnie to, i jak gadam przez telefon, to nie marnuję czasu dłubiąc i podkastów można posłuchać, ponicnierobić, ale tak mnie znowu łapy bolą, że mus na odwyk.
Nie rozumiem dlaczego tak się dzieje, przecież ja nawet nie szydełkuję dużo. 
To niesprawiedliwe!
Ale jak już mnie w nocy ból budzi, to trzeba odpuścić. 
Mam syndrom odstawienia, brakuje mi, chociaż palce bolą. Kilka dni robiłam już z lekkim bólem, a wczoraj, dużo gadałam przez telefon a jak jestem z drugim człowiekiem, to wyłączam się z ciała. Nie czuję co jem, co piję, że chce mi się siku, że napięte palce się zemszczą. No nic, przeczekam, kiedyś minie.

Zima dokazuje, rano było -22 , szczęście że wiatru nie ma to drogi mam przejezdne wreszcie.


Chatę sąsiadów udało się uratować, paliliśmy w piecu przez dwa tygodnie. Zawiani byliśmy kilka dni, więc jak już udało mi się uświadomić sąsiadom, że trzeba kupić węgiel, to już nie dało się wyjechać. Iksiński narżnął trochę drzewa i paląc, w między czasie nosiliśmy w workach na plecach ten opał przez zaspy. 
Akurat jak przyjechali trafili w okno pogodowe, że przestało wiać, więc przejęli pałeczkę z paleniem. Zdążyłam się jeszcze lekko poróżnić z Iksińskim, bo on uważał, że tego dnia sami już sobie napalą, a ja, że trzeba im napalić, zwyczajnie i po ludzku, że przyjadą zmęczeni a tu 2 stopnie ledwo, bo na dworze mróz jak koń. On mi powiedział, że jestem głupia, a ja przemilczałam i nie wzięłam do siebie Wolałam być głupia, ale w zgodzie ze sobą. 
Spokojniej było z nim tam chodzić, bo jak poszłam sama to zaraz milion lęków na mnie siadło, a jak się sadza zapali, a jak się chałupa spali, kurde.

Sąsiadka kupę prezentów w podzięce przywiozła, kawy, herbaty, czekolady i różne takie frykasy, aż mi się głupio zrobiło. Bo wcześniej pytała ile kasy ma mi przelać na węgiel, ale, że żadnego paragonu nie mogłam przedstawić, Iksiński wymyślił, że chce 100 euro, za palenie, drewno, i pompkę z wymianą.
Już wyartykułowanie tej stówy, przyszło mi z trudem, we wiadomościach chciałam się kajać, i tłumaczyć, jakoś się powstrzymałam, bo tak po prawdzie  sam hydraulik i pompka mogłoby ich tyle kosztować.
A tu stówę przywieźli i jeszcze prezenty, zdecydowanie lepiej umiem dawać , niż brać.

Jak odjeżdzali zaprosili nas na herbatę, bałam się sama do nich iść, żeby mnie nie osiodłali w palenie do końca zimy, albo w wypuszczanie wody z centralnego. Asertywność trudna sprawa.
Najpierw próbowali z tym paleniem, ale Iksiński chcąc mnie wybawić, zaprotestował, że to bez sensu, że trzeba wodę wypuścić, spytali go czy wypuści i się zgodził. Hehe, wyszło na to, że on też jest głupi, ale przemilczałam. 
Sam wszystko porobił, nawet nie zaoferowali, że będą asystować, pomagać, dopilnowywać, on nie nalegał, bo pewnie już wolał sam to zrobić, niż się męczyć z ich niepełnosprytnością.
Na odchodne sąsiad poprosił, żeby jeszcze zamek zmienić w drzwiach, dał na ten cel 50 zł. Akurat tyle kosztował, ale jeszcze trzeba było po niego pojechać do sklepu i zamontować. Jesteśmy z małżem Janusze biznesu ;D No ale sąsiad też jest Januszem szerokiego gestu.
Śmieszy mnie to wszystko ;D
Cieszę się, że chata uratowana, że po planecie nie będą się walać popękane kaloryfery, że sprzedają ten dom, że mają kupców. Jestem ich bardzo ciekawa.



poniedziałek, 5 stycznia 2026

 Trzecia notka w tym tygodniu?
A czemu nie, popiszę z głupia frant w moim tradycyjnym stylu "groch z kapustą".

Miałam poćwiczyć, jakiś pilates, albo jogę, ale uznałam że jako trening zaliczę sobie spacerowanie do chałupy sąsiadów, z 500 metrów tam mam. Rano poleciałam sprawdzić temperaturę i odsłonić rolety, żeby słońce mogło zacieplać wnętrze przez szybę. Było dwa stopnie na plusie w środku.
Wieczorem poszliśmy razem z Iksińskim rozpalić, on hajcował a ja poleciałam z powrotem do domu, bo zapomniałam testowej butelki z wodą (postawiłam w nachłodniejszym miejscu i będę obserwować).
No i jak już uznałam, że się wypaliło, to poleciałam pompkę wyłączyć. W sumie 4 km, trening zaliczony.

Śmiać mi się chce z Iksińskiego, ale już nic nie gadam, bo najpierw się nie chciał dać przekonać, żeby im ten dom uratować, a teraz sam z siebie wpadł na pomysł, żebyśmy pojechali do babciowej chatki, wymontował pompkę i wstawił ją w miejsce tej starej zepsutej u sąsiadów, a teraz ja klikam a on lutuje jakiś sterownik, który uszkodziła ta pompka. Jak go dziś na chwilę zostawiłam samego w tej piwnicy latając do domu, to gdy wróciłam, było już posprzątane. Złota rączka a nawet i złoty człowiek, czasem jest upartym baranem, ale długo go nie trzyma ;)

Mieliśmy latem taka spektakularną sprzeczkę, słynną na całą gminę. Może znajdę jej opis jaki zrobiłam dla przyjaciółek?

No, mam.Oto i on (ten opis):

 Myślę. 
Czy to będzie opowieść o złości, ego, dumie, pokorze?  
Posprzeczaliśmy się o bzdurę. 
Czy to z powodu pełni, czy zmęczenia, on wstał lekko podkurwiony. Drażliwie reagował, nieznacznie, gdzieś poza jego świadomością, w tle bzyczało napięcie.
 Rozładował jedną przyczepę i przyjechał po drugą, mieliśmy krótką wymianę zdań, w której jego ego chciało się wylansować, na najmądrzejsze, robiące wszystko najlepiej, konkretnie chodziło o mierzenie wilgotności zboża. 
Moje ego się nabzdyczyło, poczuło urażone, bo skoro nikt nie umie zmierzyć tak dobrze jak on, wszyscy robią źle, wszystkim musi wytłumaczyć i udowodnić, że tylko on nie popełnia błędów, skoro jestem taka beznadziejna, że nawet tak prostej czynności nie robię dobrze, to foch, łzy, sam se mierz, wypchaj się. 

Nie tyle chodziło mi o słowa, co o postawę "ja wszystko wiem, popełniacie błędy i ja wam to udowodnię".

 To było ego kontra ego, jakaś głupia przepychanka o rację. Ja się rozpłakałam i poszłam do domu, on się wkurwił, że chciał wytłumaczyć a tu zero zrozumienia. 
Wsiadł w traktor i impetem pojechał, kilometr dalej tylna burta odskoczyła i postanowiła udzielić nam lekcji pokory.
 Jemu, że nikt nie jest doskonały i każdy popełnia błędy. A mi, że jak widzisz cudze ego, co skacze jak wesz na kołnierzu, to powściągnij swoje. 

5 godzin zajęło sprzątanie, wiele przygód przy tym np. wybuchła opona w wózku widłowym, połamanych paznokci i pęcherzy od miotły już nawet nie wspomnę. Wysiłek fizyczny był fest, żeby tych kilka ton pozbierać. Trzeba było pokornie znieść spojrzenia gapiów, liczne komentarze „no co on nie widział?”, z wdzięcznością przyjąć pomoc spontanicznie przybyłych. Jak już się wszyscy rozeszli, przeprosiliśmy się i uściskali, rozważając jakąż to potężną moc ma złość i rozwścieczone ego.



Nieźle, co? 
Dałam wtedy ogłoszenie na fejsie, żeby ludzie sobie przyszli nazbierać darmowej pszenicy dla kur. Szufelką i zmiotką zebrałam 3 tony w te 5 godzin ;D przez miesiąc po tym incydencie miałam ścierpnięte dwa palce w dłoni. Gnał wtedy taki wściekły 3 kilometry i nawet się nie obejrzał. Wcześnie rano to się działo, nikt nie jechał, dopiero te 3 km dalej kierowca z przeciwka go zaalarmował.
Wzruszyło mnie, że ludzie chwycili za miotły i przyjechali pomóc, niektórzy zupełnie bezinteresownie.

Teraz tez jest pełnia, więc obserwujcie, bo ego lubi się w tym czasie wzdymać ;)