Niespodziewanie przyszła pora na bloga. Nie wiem jak to się stało, że była taka długa przerwa.
Na pewno zassał mnie telefon, wykształciłam tam jakieś ścieżki, które nie wiodą na blogowisko i pożerają sporo czasu. Jak blogować to na kompie.
Dziś pierwszy dnień nowego roku, tradycyjnie słucham topu wszech czasów, już nie trójki, a radia 357, te stare przeboje wywołują nostalgię i ciągoty do refleksji.
Szłam dziś ze słuchawkami na uszach na tradycyjny noworoczny muzyczny spacer z moim ostatnim jaki mi się ostał psem i tak dumałam ile to się wydarzyło rzeczy w życiu.
Najlepszą decyzją mojego życia była przeprowadzka na to moje zadupie do starego dziadkowego domu.
5 stycznia minie 18 lat . Dzieci wyrosły, wyfrunęły, radzą sobie w swoich życiach, Babcia umarła, zdechły mi trzy psy, trzy koty. Wioska się wyludniła, kto mógł wyjechał, przez te 18 lat umarło 10 osób, jedno dziecko się urodziło. Aktualnie z 10 chałup, tylko 4 są zamieszkane, 8 osób i 5 psów zostało.
Lubię ten dom, dobrze mi tu, niewątpliwie to zasługa Iksińskiego, fajny z niego człowiek, umie kochać.
Dawno tyle nie ryczałam, jak w twe święta, zacznę od końca, bo zdechł mi pies, moja ukochana Figa ( pies mojego życia). Pora już na nią była, i w sumie to ulga że kochany pies już się nie męczy, no i zaszczyt, że doświadczyło się takiej psiej miłości, ale i tak, łzy mi się lały ciurkiem.
W słuchawkach Sting, oj zaraz znowu będę płakać...
Wszystko mnie wzrusza...
Ojciec też mnie mega wzruszył, ale to już chyba będzie temat na następny wpis
No ale wróćmy na początek. Obie synowe zapowiedziały się już w listopadzie na święta, więc pieczołowicie dwa miesiące stwarzałam w sobie presję, żeby się należycie przygotować. Chatę wysprzątałam gruntownie, umyłam nawet sufit w łazience i najgłębszy zakątek pod wanną. Kupiłam nową pościel, żeby dziewczyny nie kichały w starych piernatach. Największym trudem był plan kulinarny, który rodziłam w bólach przez te dwa miesiące i dopiero w ostatnim tygodniu go z siebie wydusiłam. Obkupiłam się w dobra wszelakie na bogato, kupiłam nową grę planszową, żeby rozrywek nie zabrakło. Stresowałam się całe dwa miesiące rozmyślając, bo kulinaria to moja pęta achillesowa, no i mam wybitny talent do przeżywania. Bałam się i cieszyłam w sumie.
Dzień przed wigilią , w punkcie kulminacyjnym przygotowań, okazało się że mam Bostonkę.
Koleżanki wnuki przywlokły z przedszkola tego wirusa i jakimś cudem mnie dopadł. Początek był niewinny, tylko pęcherzyki na podniebieniu i gardle, i konsternacja, co teraz? Udawać, że nic mi nie jest, bo wszystko już prawie gotowe, harmonogram ustalony, a jak mi się tak pogorszy jak w rodzinie koleżanki, że gorączka straszna , krosty wszędzie i niemożność jedzenia i mówienia?
Oczywiście nie dałam rady zmilczeć, wszystkim powiedziałam i na 4 godziny popadłam w psychodramę, bo tyle przygotowań, bo taka radość (i strach) że wszyscy razem. Taki żal, że na darmo to wszystko.
Rodzice zdezerterowali, młodszy Iksik dostał zakaz od synowej, bo sylwester już opłacony. Starszy tylko się nie bał i chciał przyjechać, a tu strach, że ich zarażę.
Przez tę psychodramę śledzie tak wymoczyłam, że grama soli w niech nie było czuć, cała sól ze śledzi popłynęła jak łzy z moich oczu... hehe
Ostatecznie pogodziłam się z losem, a po czasie, doszłam do wniosku, że nie ma tego złego co by na dobre nie wyszło. Trochę żal zaprzepaszczonej integracji, ale spokój zawsze na propsie. Bałam się trochę tego natężenia mocnych osobowości w jednym pomieszczeniu. Moi rodzice mieli szybką wigilię ze starszym, bo zanim przyjechali do nas wstąpili do dziadków. W pierwszy dzień świat, odwiedził ich młodszy, więc mieli troche rozrywek. Mama miała wigilię według swojego planu, z opłatkiem, czytaniem pisma i opłatkiem. A u nas już bez tych tradycyjnych ceregieli, zawsze mnie to jakoś krępuje i zaciska.
Boję się obiecywać, że będę pisać częściej ;D
Jakieś te doby takie krótkie, zwłaszcza na przyjemności. Niezmiennie kocham robić na szydełku, w tym roku byłam Mikołajem, rozdałam wszystkie gwiazdki różnym fajnym ludziom. Niestety gwiazdek było zdecydowanie za mało, żeby obdzielić wszystkich których bym chciała.





No nareszcie! Dobrze, że jesteś, chociaż jakoś ciężko mi uwierzyć. Powodzenia w Nowym Roku. Pisz częściej. Jesteś już babcią? :-)
OdpowiedzUsuńJeszcze nie.
UsuńDoczekałam się :) Jak dobrze Cię poczytać. Wszystkiego dobrego w Nowym Roku! :)
OdpowiedzUsuńPiszesz z taką swobodą, mogłabym Cię czytać o czymkolwiek byś nie napisała😄
OdpowiedzUsuńNapracowalaś się , a tu choróbsko, jak to los potrafi dokopać.
Ja tez nie umiem i nie lubię w te życzenia i oplatki, klade na talerzyk mowie zdrowych swiąt i koniec, ale w tym roku bylismy sami i J koniecznie musial dzielic sie opatkiem tradycyjnie, ugh.
Fajnie wyglada taka ilość gwiazdek! Az chce sie chwycic za szydełko. A, do dzwonkow i bombek są też styropianowe profile. Kupie do dzwonków, jak znajdę.