piątek, 31 maja 2024

 W trakcie psiego spaceru zajechałem do świątyni dumania, siedzę na prowizorycznym tronie z pustaka i deski i grzeje się na słoneczku.

Opryszczka mi zakwitła w kąciku ust i boli mnie głowa. Mrowi mnie policzek i oko, normalnie czuję się chora.To kosiarka wyszła mi bokiem.

Chciałam wykosić posesję babci, bo jest na trasie procesji bożociałowej, ale zepsuł mi się napęd w trakcie roboty, więc pchałam na chama. Tak się zmęczyłam, tak się przesiliłam, że aż sią tam bałam że jakiegoś udaru dostanę. Poddałam się ostatecznie, ale od frontu wykosiłam. 

Ciało zaciągnęło hamulec ręczny i odpowiedziało opryszczką. 

Zapału nie mam do czegokolwiek.

Jęczmień już żółknie, chyba będą wcześniejsze żniwa. Będzie kolizja żniw i szumnych urodzin teściowej na które zaprosiła wszystkich, nawet moich rodziców i moje synowe, przez co trochę się lękam.

Dobra, jadę na śniadanko, głodna jestem, znaczy się będę żyć.

Czym traktujecie opryszczkę?

poniedziałek, 27 maja 2024

CPZ

 W moim papierowym pamiętniczku miałam taki cykl : Codzienna Porcja Zachwytu, w skrócie CPZ.

Praktykowałam go latem siedząc na łonie natury, tak jak i teraz siedzę. Jest ciepło, muchy bzykają, świat pachnie, powietrze jeszcze krystalicznie chłodne, choć słońce już penetruje moje ciemne ubranie. Koguty pieją, żaby rechoczą na łąkach, ptaszory śpiewaja, kakofonia nienachalnych dźwięków. 

Rano jeszcze mózg w letargu, bardziej odbiera niż nadaje.

Postanowiłam wcześniej wstawać, wszystko przez PIS.

Śmieszna historia się z tym wiąże, wstawać chce wcześniej bo słońce świeci i szkoda czasu na spanie, a historia taka:

Domek babci stoi w centrum miasteczka i płot jest atrakcyjną powierzchnia reklamową. Raz na jakiś czas przyjeżdża facet płaci stówę za miesiąc i coś wiesza. No i tym razem zadzwonił, umówiłam się z nim  pod biedrą, bo akurat byłam na zakupach, zapłacił, podpisałam kwitek.  W międzyczasie ojcu przez telefon opowiedziałam, jak to mi się udało znowu stówkę zarobić Wąż w kieszeni ojca radośnie zamachał ogonkiem. "A pewnie, niech płot zarabia"- entuzjastycznie skomentował.

Nawet nie zapytałam co tym razem będzie wisieć ;D Jadę, patrzę a tam Mariusz Kamiński do parlamentu się reklamuję na babcinym płocie. Babcia byłaby szczęśliwa, bo to jej partia, ale ojciec zagorzały wróg PiSu,aż się skrzywił jak się dowiedział;D

Taki wstyd, w Boże Ciało będzie szła procesja i wszyscy będą widzieli:D

Mi jest to szczerze obojętne, czy PiS czy PeO dla mnie to tylko druga strona tego samego medalu.

Ze stówy się ucieszyłam i postanowiłam kupić sobie książkę, nad którą się od dawna zastanawiam, bo jest po angielsku. 700 stron! Moja przyjaciółka Ala Warszawska żartuje, że  to był interes życia, bo już żadnej książki nie będę musiała kupować, bo tę będę czytać do końca swoich dni ;D

Angielskiego uczyłam się trzydzieści lat temu, w liceum, a ostatnio miałam powtórkę, bo dziecko sąsiadów w czwartej klasie potrzebowało pomocy w nauce, bo rodzice się z angielskim nigdy nie widzieli.

Jako samozwańcza wiejska guwernantka nie mam szczęścia do podopiecznych. Dwa lata temu uczyłam Oliwkę tabliczki mnożenia. Trzy miesiące, dwa razy pięć u niej zawsze było 12.

Dzięki bogom wyjechali do Niemiec. Teraz synek sąsiadów, też oporny na wiedzę. Ja się spalam, angażuje, on chce tylko zdać.

A książkę napisała kobieta ( Fran Grace) która była blisko Dawida Hawkinsa w ostatnich latach jego życia, a jako bezbrzeżna fanka jego twórczości jestem jej bardzo ciekawa.

Wszystkie książki Hawkinsa jakie ukazały się po polsku mam na półce i przeczytałam, niektóre wielokrotnie.

No i teraz przez PiS muszę wcześniej wstawać, żeby dzień był dłuższy.

Jak myślicie dam radę? 700 stron po angielsku?

niedziela, 26 maja 2024

 Ahoj. Próba pisania na telefonie, będzie krótko bo już odpowiedziałam na komentarze i się nie zapisało. 

Przybyłam z rana na dawne terytorium głuchoniemego Zdzicha, żeby nazbierać kwiatów bzu. Mam tu taki swój azyl, fajna miejscówka, wykosiłam ostatnio, więc chaszcze nie/duże, to mniejsze prawdopodobieństwo że mnie tu jakiś pająk z nienacka zaskoczy. Kapelutek przezornie wzięłam, bo od wschodu słońcem daje.

Psie mordy mi towarzyszą.

Figa już staruszka, nie odstępuje mnie na krok, biedaczka boi się burzy, więc lato dla niej jest stresujące.

Fiona dziarska, szalona wariatka.





poniedziałek, 20 maja 2024



Czyżby nastał wreszcie ten moment?
Już od tak dawna się przymierzam do napisania notki, ale zawsze coś, zawsze jest coś do zrobienia i tak biegam jak chomik w karuzeli, bo jak tylko się zatrzymam, to nawał tych w sumie błahostek mi się piętrzy. A jak je wszystkie zrobię to już jestem dętka.|
Małż wyjechany na kilka godzin, ogródek ogarnięty w miarę, trawa usycha, więc nie ma co kosić, a poza tym Zielone Świątki, więc nawet wypada nic nie robić. W zeszłym tygodniu dla zabicia stresu zrobiłam tak dużo, że jestem zmęczona i nie mam już siły biegać w tej karuzeli, chętnie se posiedzę.

Ja tak mam, że jak coś się dzieje, to żeby nie myśleć, żeby zmniejszyć udręki umysłu rzucam się na robotę. Umyłam okna, wyplewiłam ogródek, dreptałam karnie z konewka i wiaderkiem w tę i na zad podlewając grządki, a do wody, mam daleko.

Iksińskiego coś dopadło, zanim się okazało, że to jakiś wirus raczej, dużo różnych jednostek chorobowych mu stwierdziłam, ostatecznie już mu przeszło, ale to, co zgotował mi mój umysł, to oj.
Jęknąć na tym jedynie pozostaje. Najdziwniejsze było to, że jakaś część mnie cały czas wiedziała, że to tylko taka właściwość mojej galopującej głowy, że to minie, ale te odczucia w środku, ten strach, był nie do wytrzymania, przez te kilka dni ja już przeżyłam i pogrzeb i żałobę. Cały czas starałam się utrzymać na powierzchni, jakaś racjonalna część mnie była aktywna, ale jakość tej energii wewnątrz mnie obezwładniała.
Już się zaczynałam podejrzewać o chorobę psychiczną, coś w tym niestety jest, mam parę depresyjnych epizodów na koncie, plus zaburzenia odżywiania i wysoka wrażliwość, nie ma lekko z takim pakietem.
Ale dobra, udało się przeżyć.


W branży rolniczej kaszana, susza, i brak perspektyw, niskie ceny w skupie i duże koszty produkcji.

Babcią jeszcze nie zostałam, i chyba nawet nie mam parcia, jak się przydarzy to się ucieszę, a jak nie to też będę rada ;)

Sen z powiek spędza mi młodszy Iksik, bo nie może znaleźć pracy, synowa uparła się na Kraków, ona pracuje w aptece, a on gotuje pierogi i piecze szarlotki, sprząta i jest takim trochę jej paziem.
Problem tkwi w nim, bo nie bierze odpowiedzialności za siebie, jest takim dryfującym statkiem. Niby wysyła CV, ale tylko na trzy rozmowy go zaprosili, z zerowym skutkiem. Miotałam się grubiej w jego temacie, ale zdążyłam się pogodzić, że jest jaki jest i gdyby mógł być inny, to by był. 
Jest bardzo zdolny, łebski, ale nie umie się sprzedać, nie ma gadanego. Nie umie o siebie zadbać, mecenas by mu się przydał, bo w nim tkwi potencjał, mega mózg, tylko społecznych umiejętności mu brak.

Już ze dwie godziny minęły odkąd zaczęłam pisać, ale ni stad ni z owąd burza się rozpętała, na szczęście zdażyłam pozamykać co trzeba, polało, niestety walnęło tez gradem.



Bocianki już się wykluły, może przetrwały. Dopiero się martwiłam, czy soja przetrwa suszę, a teraz czy jest z niej cos jeszcze po tym gradobiciu. Ta przyroda za grosz równowagi nie ma.

Po śmierci babci miałam traumę, aż chyba musiałam odchorować. Trzy razy mnie siekło i to tak z grubej rury, że trzeba było w łóżku poleżeć. Ciągle mi się babcia śni i zawsze powtarza się motyw, że jestem zdziwiona, że ona tak dobrze się ma i że znowu trzeba będzie przechodzić przez umieranie.

Odwykłam od pisania, od blogowania w ogóle, trochę się siedzi na telefonie, ale blogowanie w moim wydaniu tylko na kompie, nie wiedzieć czemu.

Zima upłynęła mi przy szydełku, sto bombek, mandale i kolczyki.


Na wiosnę wszystkie stawy w moich dłoniach błagały o litość, więc, żeby ich nie dobić chwyciłam za sekator i ruszyłam w chaszcze. Posesja głuchoniemego Zdzicha, która jest w naszym władaniu, a którą ja zaniedbałam z racji dużej ilości czasu poświęcanego babci zarosła na dziko. Żeby odciążyć bolące stawy dłoni i odciągnąć je od szydełka, szalałam z sekatorem, efekt był taki, że oprócz bolących dłoni bolały mnie też łokcie i kolana ;D
Dwa miesiące borykałam się z bólem kolan, już mi lepiej. Kupiłam nakolanniki, bo nie mogę tak długo kucać, więc klęczę w grządkach.
Moim sposobem na trudy psychiczne są rządki ;D
Albo w robótce rządek za rządkiem, albo w ogródku.

Ale! zapomniałam wspomnieć, że na dzień kobiet dostałam od wszechświata kota.
Nie wiadomo jak i skąd znalazł się w stodole kociak, oswojony, towarzyski, kochany i przesłodziutki, więc na imię ma Karmelek



Znów jestem trójkotna, starsze kocice przeżywają swoją 17 wiosnę , ciężko im było przyzwyczaić się do młodszej koleżanki, bały się syczały, buczały, ale idzie ku lepszemu. Mała tydzień po przybyciu dostała rui, co mnie zdziwiło, ale jest już po sterylce. Ma się świetnie, chociaż chyba miała jakieś przejścia, bo ma złamany ogonek i dziwnie chodzi, tylne łapy jakby na szczudłach , ale bryka, szaleje, bawi się beztrosko. 


piątek, 24 listopada 2023

 Dziękuję za wszystkie komentarze, zawsze mam dylemat, czy odpowiadać na nie, czy nową notkę napisać?
Trochę się  obawiam, że się wystrzelam w komentarzach, a na blogu będą wisieć pajęczyny, ale bardzo bym chciała, żebyście się nie poczuli zlekceważeni, żebyście wiedzieli, że każdy przeczytałam, nad każdym się pochyliłam, za każdy dziękuję. I nawet nikt mnie nie opierniczył, że pojechałam po bandzie z tą szczerością. Mam jedną taka koleżankę, dla której ten rodzaj blogowego ekshibicjonizmu jest nie do pojęcia. A mi to jakoś pomaga. Przez 19 lat pisania bloga niezła terapia się tu odbyła z Waszą pomocą.
I pogłaszczecie po pleckach i przywołacie do porządku i pokażecie inne horyzonty bazując na waszych historiach. Dziękuję!

Dziś równo miesiąc jak babcia umarła, już się otrzepałam, wyspałam się , odpoczęłam, wynicnierobiłam.
Aż mi w spodniach ciasno, jednak mam dużo mniej ruchu.
Ostatnie dwa tygodnie szydełkowałam jak opętana, tak przyjemnie się siedzi na czterech literach, macha szydełkiem i ogląda coś na jutubach albo tiktokach.
Zrobiłam kolejną mandalę.

                                        

Normalni ludzie kupują takie obręcze, ale iksiński złota rączka wygina mi takie z drutu, spawa spawarką, przegłaszcze i gotowe. Zamawiam u niego średnicę jaką potrzebuję i cyk jak złota rybka spełnia życzenia. Ogólnie złoty człowiek z Iksińskiego :D
Jeszcze łapacz snów ( sów?) dla koleżusi drugiej powstał.



Ale koniec tego bezrobocia, gruchnęła wieść, że synowa na wigilię przyjeżdża, o rany!
Cieszę się, bo lubię tę dziewczynę i jak już zaczynają razem na święta jeździć to znaczy że faza związku wzbiła się na wyższy lewel. Stresuję się jednocześnie, bo jestem chujową panią domu, a im bardziej mi zależy, tym większe katastrofy generuję.
Potrzebowałam takiego lekkiego szturchańca, żeby się z tego rozmemłania otrząsnąć, i ruszyć z werwą.

Kociczki moje, w maju skończą  16 lat, są przekochane. Starzeją się, Plamka ostatnio częściej zwana Pierdzisławą, sadzi takie śmierdzące bąki, że trudno wytrzymać. Buryśka ślepa na jedno oko przyniosła mi ostatnio mysz do domu, na szczęście martwą, bo żywe same przychodzą spod podłogi, chyba ze 20 już tej jesieni zgładziłam. Wiem gdzie włażą, od razu na wejściu stoi arsenał pułapek, dzięki czemu nie rozłażą się po chacie. 
Mąż się wykąpał, i mnie zagaduje, więc urywam. Do następnego!

poniedziałek, 13 listopada 2023

spowiadam się

 Nareszcie listopad!
Żadnych prac w polu i ogrodzie, żadnego koszenia trawy!
Wreszcie bezkarnie można siedzieć w chałupie i wcześniej się położyć.
Jak to się optyka zmienia, kiedyś listopad był najgorszy, a teraz najlepszy hehe.

To może być szokujący wpis, zależy jak się rozwinę i kiedy małż do domu wróci, bo w samotności bardziej się można w refleksje zapuścić.
On to sobie zawsze robotę znajdzie, nawet w listopadzie, aktualnie coś naprawia, warczy jakimiś maszynami na pół wioski.
I na zumbę się jeszcze wybieram, więc w międzyczasie, między zumbą a powrotem Iksińskiego szarpnę się na autorefleksję.

Spotykam się z pytaniami, czy już się pogodziłam, ze śmiercią babci, to są pytania pełne współczucia i mam problem jak na nie odpowiadać. Bo jak odpowiadam szczerze, to szokuję. Chyba trzeba opracować jakąś dyplomatyczną wersję.

Bo umieranie babci trwało tak długo i było taką gehenną, że kiedy już się sfinalizowało poczułam głównie ulgę. Ale walnąć kogoś odpowiedzią, że w sumie, to ciesze się że babcia umarła, może być nie na miejscu.
Trzeba pamiętać, że każdy patrzy na świat przez swoje okulary i komuś, kto nie przeżył tego co ja z babcią mogę wydać się bezduszna i podła.

Nie tęsknię, nie brakuje mi jej, ciesze się że ją znałam, że współdzieliłam z nią życie w latach jej "świetności", była niezwykła pod wieloma względami, kiedyś się jeszcze o tym rozpiszę.
Taki mam plan, żeby napisać jej życiorys, żeby nam się nie zapomniały szczegóły z tej barwnej historii. Ale najpierw musi mi trauma minąć, musi wyleźć ze mnie cała ta złość jaką na nią mam.

Zamiast żałoby ja mam zespół stresu pourazowego. Babcia tak nas przeczołgała, była tak uparta, niewdzięczna i nieprzejednana w tych ostatnich miesiącach, że na razie przesłania mi to odbiór jej osoby. Wiem, że to tylko nadgryziony demencją zesztywniały mózg, ale te przeżycia i doświadczenia jakie on nam zafundował, są jeszcze nieuleczoną raną.

Ten jej egoizm z ostatnich miesięcy, wzdymał i moje ego, do tego stopnia, że kiedy już umarła i przyjechał zakład pogrzebowy i plastikowa trumna, szumnie zwana kapsułą, nie zmieściła się w drzwiach ganku i panowie wynieśli ciało babci w czarnym worku, w skrytości ducha pomyślałam:
-A dobrze ci tak!

Przyznaje się bez bicia, tak było.
Na szczęście widzę wielowarstwowo, widzę i swoje ego i inne części. Przeżywanie odbywa się na wielu poziomach. Nie karcę siebie za tę złośliwość. Ona wynikła z wielokrotnego przekroczenia moich granic. Oprócz złości zmieściło się też we mnie zrozumienie i dla mnie i dla babci, wszystko z czegoś wynikało. Rozgrzeszam nas :)

Sama się spowiadam, sama rozgrzeszam ;D
W kategorii "zrób to sam" pochwalę się na koniec mandalą. Robiłam ją jeszcze z babcią, zawiśnie na ścianie w kuchni wnuka babci.Teraz robię identyczną, tylko pomarańczową dla przyjaciółki.



piątek, 3 listopada 2023

Taka dziś cisza i spokój, że nie wiem od czego zacząć. Był kocioł a teraz pustka w głowie.

Przeżywszy lat 102 i pół, 24października 2023 roku umarła moja babcia.
Wydaje mi się, że trochę ją namówiłam na ten krok, a może to tylko koincydencja, naszej rozmowy i naturalnego biegu zdarzeń?

Przyznam, że byłam już wykończona tym ciągłym napięciem. Ostatnie pół roku spędziłam na froncie, w ciągłej walce, zmaganiu, w gotowości, na manewrach i poligonie. Ostatniej nocy babcia wołała mnie 26 razy. Co 20 minut przerażające – Aaaniuuuu! Wyrywało mnie z dopiero co odzyskanej równowagi. Leciałam na złamanie karku, bo głos taki potrzebujący. Zanim nawiązałam kontakt, że już jestem, albo zapominała po co mnie wołała, albo wymyślała coś na poczekaniu;
- daj się napić
- ogórki mi się śnili
- gdzie mój różaniec
- włącz radio
- zajrzyj mi do oka
- jaka to pora
- pięta mnie boli
- nakryj mi ramię
- popraw mi poduszkę
Takich strasznych nocy było wiele, w dzień w miarę spała, ale w nocy była musztra. Jej ciało było już maksymalnie udręczone, przykurcze we wszystkich mięśniach, odwodnienie, nie mogła mówić, przełykać, odleżyny na plecach, piętach, na uchu, a najbardziej dawał się wszystkim we znaki jej upór i negacja. Nie zgadzała się na nic, protestowała, krzyczała, płakała, przy każdej zmianie pieluchy, przy każdej próbie zmiany pozycji ciała.

We wtorkowy poranek zapytałam ją:
- Babciu czy ty już byś chciała odejść z tego świata?
- sama nie wiem.

To mnie w niej zawsze zadziwiało, że ona nigdy nie chciała umrzeć, chociaż wydawała się cierpiąca i nieszczęśliwa, uparcie obstawała przy tym, że tak dobrze żyć na świecie.

-Ale babciu zobacz, twoje ciało już się zużyło, do niczego się nie nadaje, nie czeka cię tu na ziemi nic oprócz cierpienia i bólu, już pora na ciebie.
- ale ja nie wiem jak tam będzie.
- jakoś będzie, chyba nie gorzej niż tutaj, już nie masz tu nic do zrobienia
- to nie moja sprawa, ja tym nie rządzę
- przeciwnie babciu, jak będziesz gotowa, jak się wreszcie poddasz, to umrzesz, a jak ty się trzymasz życia pazurami, to żyjesz, cierpisz tylko i zabierasz nam nasze  życie, mój tato nie ma już siły, sam jest trochę stary, ja też powinnam spać w domu z mężem, zamiast z tobą, jestem, bo sytuacja wymaga, ale co masz z takiego życia? czas już na ciebie.

Nie podobało jej się to, chciała protestować, zaprzeczyć, coś mi odpowiedzieć, ale postękała tylko, bo nie miała siły mówić.

Umarła kilka godzin po naszej rozmowie.
Odeszła spokojnie we śnie, modliłam się o to, bo w trakcie jej długiego umierania, emocji wygenerowaliśmy tak dużo, że już brakowało zasobów, żeby się z tym uporać psychicznie.

Ten około pogrzebowy czas był dla mnie trudny, bo ja potrzebowałam posiedzieć, pomyśleć, przetrawić to wszystko, a tu trzeba działać, podejmować decyzje, zachować się, zderzyć z tradycją, opinią publiczną i rozbieżnymi oczekiwaniami rodziny i znajomych.

Nie było nocnego czuwania przy zmarłej, mama była zawiedziona.
Trumna nie była otwierana, i nie stała w kaplicy, tylko godzinę przed mszą wystawiono ją od razu w kościele.
Nie napisałam nic o babci dla księdza, bo za szybko to było i za dużo się działo (Maciek przyjechał, pies zachorował), nie miałam w sobie siły i dystansu, nie wylizałam jeszcze ran. W efekcie kazanie było tak beznadziejne, że tylko ja się ucieszyłam, reszta była zadziwiona poruszaną tematyką. Ksiądz gadał od rzeczy o wyborach, Izraelu, Korei Północnej , ale przynajmniej miałam trochę przerwy w płakaniu. Wzruszało mnie wszystko (z wyjątkiem księdza), ojciec przy trumnie, ludzie, że przyszli, ckliwe pieśni religijne, wspomnienia, własna wyobraźnia. Łzom nie było końca, chciało mi się szlochać na głos wręcz.
Tak się zmęczyłam sobą i tym przeżywaniem( nawet nie wiem czego), to było jakieś emocjonalne tsunami, że nie zaprosiłam teściowej i szwagierek do domu, chociaż wiedziałam, że one na to czekają.
Nie czułam się na siłach, chciałam się schować do mysiej dziury.

Babcię opłakałam już w maju i w lipcu, kiedy zanikała część jej osobowości, i wiedziałam, że nieodwołalnie i ostatecznie coś się kończy.

Jakie mieliśmy różne oczekiwania, ja chciałam, żeby nikt nie przyszedł na pogrzeb, a mój ojciec chciał żeby przyszli wszyscy. I przyszli. Wszyscy jego sąsiedzi i znajomi, bractwo motocyklowe, nawet moje koleżanki zumbowe, co mnie totalnie zaszokowało i rozbeczało.

Każdy sądzi według siebie, mi się wydawało, że jak dla mnie pogrzeb, to dopust boży i katorga to dla innych też.
Dla mnie pożegnanie ze zmarłym odbywa się gdzieś indziej, bardziej w życiu, w duszy, niż na pogrzebie. Nie całowałam trumny przed włożeniem do grobu…
Przeszkadzała mi ta publiczność.
Tradycyjne pogrzeby zdecydowanie nie są dla mnie….

Taka trochę jestem urwana z choinki. Parę lat krążyłam na orbicie babci, teraz jestem jakby wytrącona.
Modlę się o spokój, żeby moja natura ratownika nie wpakowała mnie w jakąś sytuację gdzie znów trzeba będzie gasić pożary.