piątek, 23 stycznia 2026

 Piąty dzień bez szydełka. W dłoniach duża poprawa.

Nareszcie mrozisko zelżało, - 4 i wiatr, też zimno, ale to trochę inny rodzaj zimna. Wczoraj nie szło się zagrzać, dziś wreszcie czuć, że się pali w piecu. 

Ojciec ma pompę ciepła, do -10 dawała radę, a potem trzeba ja było wspomagać innymi środkami. Żeby skorzystać z dofinasowania musiał wyrzucić z domu normalny piec i teraz modlił się ,żeby mu ta pompa nie stanęła całkiem. Na następną zimę wstawia piec z powrotem, na wszelki wypadek, bo już minie 5 lat. 
Poprzednie 4 zimy były łagodniejsze.

Było tak cholernie zimno, że żal mi było osieroconej przez Figę Fionki i z ganku pozwoliłam jej się przenieść do domu. Ale ilość sierści jaka z niej leci przerasta moją wytrzymałość nerwową. Codziennie odkurzam, wyczesuję ją, ale ten podszerstek sypie się z niej jak zaczarowany. Nawet ją wykąpałam i brakuje mi pomysłów jak opanować te wszędobylskie kłaki.

Jesienią Fionka była poważnie chora, na tropikalną chorobę psów przenoszoną przez komary, Dirofilariozę, serio. Takie już mamy w Polsce komary, bo ona nigdzie nie wyjeżdżała.
Trochę moja wina, bo ona nienawidzi tabletek, Figa łykała wszystko, a ta jak francuski piesek, mamla, nie ma mowy, żeby coś przemycić. Nie wiem czemu ja na to wcześniej nie wpadłam, żeby jej rozpuszczać tabletki i strzykawką wlać do pyska. Męczyłam i ją i siebie żeby połknęła tabletkę, ona pluła uparcie, ja w końcu odpuszczałam, aż ta Dirofilaria nauczyła mnie determinacji, te pasożyty w krwi pływają, na szczęście w człowieku nie gustują.


Może ktoś z was ma jakiś pomysł jak okiełznać  to rude futro?

poniedziałek, 19 stycznia 2026

tradycyjne trzy po trzy, czyli pitu pitu

 Nazywam się Ania i jestem szydełkoholiczką, nie szydełkowałam już jeden długi dzień. 

Znowu mnie dopadło!
Tak lubię szydełkować, odpręża mnie to, i jak gadam przez telefon, to nie marnuję czasu dłubiąc i podkastów można posłuchać, ponicnierobić, ale tak mnie znowu łapy bolą, że mus na odwyk.
Nie rozumiem dlaczego tak się dzieje, przecież ja nawet nie szydełkuję dużo. 
To niesprawiedliwe!
Ale jak już mnie w nocy ból budzi, to trzeba odpuścić. 
Mam syndrom odstawienia, brakuje mi, chociaż palce bolą. Kilka dni robiłam już z lekkim bólem, a wczoraj, dużo gadałam przez telefon a jak jestem z drugim człowiekiem, to wyłączam się z ciała. Nie czuję co jem, co piję, że chce mi się siku, że napięte palce się zemszczą. No nic, przeczekam, kiedyś minie.

Zima dokazuje, rano było -22 , szczęście że wiatru nie ma to drogi mam przejezdne wreszcie.


Chatę sąsiadów udało się uratować, paliliśmy w piecu przez dwa tygodnie. Zawiani byliśmy kilka dni, więc jak już udało mi się uświadomić sąsiadom, że trzeba kupić węgiel, to już nie dało się wyjechać. Iksiński narżnął trochę drzewa i paląc, w między czasie nosiliśmy w workach na plecach ten opał przez zaspy. 
Akurat jak przyjechali trafili w okno pogodowe, że przestało wiać, więc przejęli pałeczkę z paleniem. Zdążyłam się jeszcze lekko poróżnić z Iksińskim, bo on uważał, że tego dnia sami już sobie napalą, a ja, że trzeba im napalić, zwyczajnie i po ludzku, że przyjadą zmęczeni a tu 2 stopnie ledwo, bo na dworze mróz jak koń. On mi powiedział, że jestem głupia, a ja przemilczałam i nie wzięłam do siebie Wolałam być głupia, ale w zgodzie ze sobą. 
Spokojniej było z nim tam chodzić, bo jak poszłam sama to zaraz milion lęków na mnie siadło, a jak się sadza zapali, a jak się chałupa spali, kurde.

Sąsiadka kupę prezentów w podzięce przywiozła, kawy, herbaty, czekolady i różne takie frykasy, aż mi się głupio zrobiło. Bo wcześniej pytała ile kasy ma mi przelać na węgiel, ale, że żadnego paragonu nie mogłam przedstawić, Iksiński wymyślił, że chce 100 euro, za palenie, drewno, i pompkę z wymianą.
Już wyartykułowanie tej stówy, przyszło mi z trudem, we wiadomościach chciałam się kajać, i tłumaczyć, jakoś się powstrzymałam, bo tak po prawdzie  sam hydraulik i pompka mogłoby ich tyle kosztować.
A tu stówę przywieźli i jeszcze prezenty, zdecydowanie lepiej umiem dawać , niż brać.

Jak odjeżdzali zaprosili nas na herbatę, bałam się sama do nich iść, żeby mnie nie osiodłali w palenie do końca zimy, albo w wypuszczanie wody z centralnego. Asertywność trudna sprawa.
Najpierw próbowali z tym paleniem, ale Iksiński chcąc mnie wybawić, zaprotestował, że to bez sensu, że trzeba wodę wypuścić, spytali go czy wypuści i się zgodził. Hehe, wyszło na to, że on też jest głupi, ale przemilczałam. 
Sam wszystko porobił, nawet nie zaoferowali, że będą asystować, pomagać, dopilnowywać, on nie nalegał, bo pewnie już wolał sam to zrobić, niż się męczyć z ich niepełnosprytnością.
Na odchodne sąsiad poprosił, żeby jeszcze zamek zmienić w drzwiach, dał na ten cel 50 zł. Akurat tyle kosztował, ale jeszcze trzeba było po niego pojechać do sklepu i zamontować. Jesteśmy z małżem Janusze biznesu ;D No ale sąsiad też jest Januszem szerokiego gestu.
Śmieszy mnie to wszystko ;D
Cieszę się, że chata uratowana, że po planecie nie będą się walać popękane kaloryfery, że sprzedają ten dom, że mają kupców. Jestem ich bardzo ciekawa.



poniedziałek, 5 stycznia 2026

 Trzecia notka w tym tygodniu?
A czemu nie, popiszę z głupia frant w moim tradycyjnym stylu "groch z kapustą".

Miałam poćwiczyć, jakiś pilates, albo jogę, ale uznałam że jako trening zaliczę sobie spacerowanie do chałupy sąsiadów, z 500 metrów tam mam. Rano poleciałam sprawdzić temperaturę i odsłonić rolety, żeby słońce mogło zacieplać wnętrze przez szybę. Było dwa stopnie na plusie w środku.
Wieczorem poszliśmy razem z Iksińskim rozpalić, on hajcował a ja poleciałam z powrotem do domu, bo zapomniałam testowej butelki z wodą (postawiłam w nachłodniejszym miejscu i będę obserwować).
No i jak już uznałam, że się wypaliło, to poleciałam pompkę wyłączyć. W sumie 4 km, trening zaliczony.

Śmiać mi się chce z Iksińskiego, ale już nic nie gadam, bo najpierw się nie chciał dać przekonać, żeby im ten dom uratować, a teraz sam z siebie wpadł na pomysł, żebyśmy pojechali do babciowej chatki, wymontował pompkę i wstawił ją w miejsce tej starej zepsutej u sąsiadów, a teraz ja klikam a on lutuje jakiś sterownik, który uszkodziła ta pompka. Jak go dziś na chwilę zostawiłam samego w tej piwnicy latając do domu, to gdy wróciłam, było już posprzątane. Złota rączka a nawet i złoty człowiek, czasem jest upartym baranem, ale długo go nie trzyma ;)

Mieliśmy latem taka spektakularną sprzeczkę, słynną na całą gminę. Może znajdę jej opis jaki zrobiłam dla przyjaciółek?

No, mam.Oto i on (ten opis):

 Myślę. 
Czy to będzie opowieść o złości, ego, dumie, pokorze?  
Posprzeczaliśmy się o bzdurę. 
Czy to z powodu pełni, czy zmęczenia, on wstał lekko podkurwiony. Drażliwie reagował, nieznacznie, gdzieś poza jego świadomością, w tle bzyczało napięcie.
 Rozładował jedną przyczepę i przyjechał po drugą, mieliśmy krótką wymianę zdań, w której jego ego chciało się wylansować, na najmądrzejsze, robiące wszystko najlepiej, konkretnie chodziło o mierzenie wilgotności zboża. 
Moje ego się nabzdyczyło, poczuło urażone, bo skoro nikt nie umie zmierzyć tak dobrze jak on, wszyscy robią źle, wszystkim musi wytłumaczyć i udowodnić, że tylko on nie popełnia błędów, skoro jestem taka beznadziejna, że nawet tak prostej czynności nie robię dobrze, to foch, łzy, sam se mierz, wypchaj się. 

Nie tyle chodziło mi o słowa, co o postawę "ja wszystko wiem, popełniacie błędy i ja wam to udowodnię".

 To było ego kontra ego, jakaś głupia przepychanka o rację. Ja się rozpłakałam i poszłam do domu, on się wkurwił, że chciał wytłumaczyć a tu zero zrozumienia. 
Wsiadł w traktor i impetem pojechał, kilometr dalej tylna burta odskoczyła i postanowiła udzielić nam lekcji pokory.
 Jemu, że nikt nie jest doskonały i każdy popełnia błędy. A mi, że jak widzisz cudze ego, co skacze jak wesz na kołnierzu, to powściągnij swoje. 

5 godzin zajęło sprzątanie, wiele przygód przy tym np. wybuchła opona w wózku widłowym, połamanych paznokci i pęcherzy od miotły już nawet nie wspomnę. Wysiłek fizyczny był fest, żeby tych kilka ton pozbierać. Trzeba było pokornie znieść spojrzenia gapiów, liczne komentarze „no co on nie widział?”, z wdzięcznością przyjąć pomoc spontanicznie przybyłych. Jak już się wszyscy rozeszli, przeprosiliśmy się i uściskali, rozważając jakąż to potężną moc ma złość i rozwścieczone ego.



Nieźle, co? 
Dałam wtedy ogłoszenie na fejsie, żeby ludzie sobie przyszli nazbierać darmowej pszenicy dla kur. Szufelką i zmiotką zebrałam 3 tony w te 5 godzin ;D przez miesiąc po tym incydencie miałam ścierpnięte dwa palce w dłoni. Gnał wtedy taki wściekły 3 kilometry i nawet się nie obejrzał. Wcześnie rano to się działo, nikt nie jechał, dopiero te 3 km dalej kierowca z przeciwka go zaalarmował.
Wzruszyło mnie, że ludzie chwycili za miotły i przyjechali pomóc, niektórzy zupełnie bezinteresownie.

Teraz tez jest pełnia, więc obserwujcie, bo ego lubi się w tym czasie wzdymać ;)


sobota, 3 stycznia 2026

 Z cyklu : nie miała baba kłopotu.

Kilka lat temu opuścili naszą wioskę przybysze z dalekiego miasta, których życie na wsi przerosło. Wyjechali do pracy do Niemec, ku mojej wielkiej uldze. Asekurowałam ich trochę, pożyczałam pieniądze, pilnowałam dziecka, ale nie rokowali dobrze. Wynajęli swój dom. Pierwsza lokatorka była bardzo w porządku, ale kupiła swój dom i się wyprowadziła. Przyszli następni, podopieczni opieki społecznej, niewydolni, ale też izolujący się, więc nie wyszliśmy w kontaktach poza "dzień dobry" przez prawie dwa lata. Dom jest teraz na sprzedaż,a najemcy robili trudności potencjalnym kupcom, uniemożliwiając oglądanie, policja tam ciągle zaglądała, a na początku grudnia się wyprowadzili. Zostawili klucz na parapecie i pouchylane okna(?!).
Właściciele z Niemiec poprosili mnie żebym wzięła klucze i obejrzała dom.

Nagrałam im filmiki z wejścia. Ogólnie dom nosi ślady użytkowania, chociaż zważywszy na fakt, że sprzątał tam i robił wyprowadzkę 17-latek z kolegami, to mogłoby być gorzej.
Dopóki nie było mrozów, nie miałam problemu, a im dłużej trzyma mróz tym bardziej martwię się że popękają im tam rury i inne grzejniki. Wodę zakręciłam, chciałam podmówić Iksińskiego, żeby im spuścił wodę z centralnego, ale on się wzbrania, bo to nie jego sprawa, nie jego problem. Ciągle mamy na ten temat dyskusje, bo on uważa, że ja się pcham tam gdzie nie trzeba, a mi zwyczajnie żal ludzi.

Wierciłam mu dziurę w brzuchu i w końcu zgodził się, żebyśmy im tam napalili w piecu, żeby chata dotrwała do ich przyjazdu 10 stycznia. Ja byłam mózgiem operacji, a on fizycznie musiał się wykazać, bo ani grama opału tam nie było, my palimy peletem, więc nie mamy, ani węgla, ani drewna. Porżnął jakieś stare konary, deski i tym podobne szpargały i w 2 workach zanieśliśmy to przez zaspy.

Takiego mieliśmy w tym roku sylwestra w cudzej piwnicy. Fajerwerki też były, bo dwa razy wysadziliśmy korki, znaczy się małż usiłował uruchomić osprzęt pieca, ostatecznie okazało się, że pompka w piecu jest zepsuta i robi zwarcie. Przepaliliśmy ostrożnie, żeby wody nie zagotować, bo przy miedzianej instalacji i tych cieniutkich rureczkach normalne palenie w piecu bez pompki nie jest możliwe.

I teraz się zastanawiam, czy zamarznie czy nie zamarznie,bo drewna nie za wiele, a tu mrozy nadają jak na złość. W głowie codziennie do nich piszę, że może powinni jednak wynająć hydraulika, żeby im spuścił tę wodę, że jak im to wszystko popęka, to będą grube koszty, ale to nawet nie jest mój problem. Inna rzecz, że ci właściciele są niepełnosprytni, mili ciepli ludzie, ale z logiką na bakier. 
Codziennie daje sobie na wstrzymanie, bo przecież niby są dorośli, ale trochę się szarpię.

Ta ich chata jest na 340 tysi wyceniona, ogromna działka,budynki gospodarcze, spokojna okolica. A mieszkania w Krakowie w kosmicznych cenach, za taką kwotę to można by jedynie jakąś patokawalerkę kupić.
Mam nadzieję, że kupi ten dom ktoś normalny. 


czwartek, 1 stycznia 2026

 Niespodziewanie przyszła pora na bloga. Nie wiem jak to się stało, że była taka długa przerwa.
Na pewno zassał mnie telefon, wykształciłam tam jakieś ścieżki, które nie wiodą na blogowisko i pożerają sporo czasu. Jak blogować to na kompie.

Dziś pierwszy dnień nowego roku, tradycyjnie słucham topu wszech czasów, już nie trójki, a radia 357, te stare przeboje wywołują nostalgię i ciągoty do refleksji. 

Szłam dziś ze słuchawkami na uszach na tradycyjny noworoczny  muzyczny spacer z moim ostatnim jaki mi się ostał psem i tak dumałam ile to się wydarzyło rzeczy w życiu. 

Najlepszą decyzją mojego życia była przeprowadzka na to moje zadupie do starego dziadkowego domu. 
5 stycznia minie 18 lat . Dzieci wyrosły, wyfrunęły, radzą sobie w swoich życiach, Babcia umarła, zdechły mi trzy psy, trzy koty. Wioska się wyludniła, kto mógł wyjechał, przez te 18 lat umarło 10 osób, jedno dziecko się urodziło. Aktualnie z 10 chałup, tylko 4 są zamieszkane, 8 osób i 5 psów zostało.
Lubię ten dom, dobrze mi tu, niewątpliwie to zasługa Iksińskiego, fajny z niego człowiek, umie kochać.

Dawno tyle nie ryczałam, jak w twe święta, zacznę od końca, bo zdechł mi pies, moja ukochana Figa ( pies mojego życia). Pora już na nią była, i w sumie to ulga że kochany pies już się nie męczy, no i zaszczyt, że doświadczyło się takiej psiej miłości, ale i tak, łzy mi się lały ciurkiem.





W słuchawkach Sting, oj zaraz znowu będę płakać...
Wszystko mnie wzrusza...
Ojciec też mnie mega wzruszył, ale to już chyba będzie temat na następny wpis

No ale wróćmy na początek. Obie synowe zapowiedziały się już w listopadzie na święta, więc pieczołowicie dwa miesiące stwarzałam w sobie presję, żeby się należycie przygotować. Chatę wysprzątałam gruntownie, umyłam nawet sufit w łazience i najgłębszy zakątek pod wanną. Kupiłam nową pościel, żeby dziewczyny nie kichały w starych piernatach. Największym trudem był plan kulinarny, który rodziłam w bólach przez te dwa miesiące i dopiero w ostatnim tygodniu go z siebie wydusiłam. Obkupiłam się w dobra wszelakie na bogato, kupiłam nową grę planszową, żeby rozrywek nie zabrakło. Stresowałam się całe dwa miesiące rozmyślając, bo kulinaria to moja pęta achillesowa, no i mam wybitny talent do przeżywania. Bałam się i cieszyłam w sumie. 
Dzień przed wigilią , w punkcie kulminacyjnym przygotowań, okazało się że mam Bostonkę.

Koleżanki wnuki przywlokły z przedszkola tego wirusa  i jakimś cudem mnie dopadł. Początek był niewinny, tylko pęcherzyki na podniebieniu i gardle, i konsternacja, co teraz? Udawać, że nic mi nie jest, bo wszystko już prawie gotowe, harmonogram ustalony, a jak mi się tak pogorszy jak w rodzinie koleżanki, że gorączka straszna , krosty wszędzie i niemożność jedzenia i mówienia?
Oczywiście nie dałam rady zmilczeć, wszystkim powiedziałam i na 4 godziny popadłam w psychodramę, bo tyle przygotowań, bo taka radość (i strach) że wszyscy razem. Taki żal, że na darmo to wszystko.
Rodzice zdezerterowali, młodszy Iksik dostał zakaz od synowej, bo sylwester już opłacony. Starszy tylko się nie bał i chciał przyjechać, a tu strach, że ich zarażę.
Przez tę psychodramę śledzie tak wymoczyłam, że grama soli w niech nie było czuć, cała sól ze śledzi popłynęła jak łzy z moich oczu... hehe
Ostatecznie pogodziłam się z losem, a po czasie, doszłam do wniosku, że nie ma tego złego co by na dobre nie wyszło. Trochę żal zaprzepaszczonej integracji, ale spokój zawsze na propsie. Bałam się trochę tego natężenia mocnych osobowości w jednym pomieszczeniu. Moi rodzice mieli szybką wigilię ze starszym, bo zanim przyjechali do nas wstąpili do dziadków. W pierwszy dzień świat, odwiedził ich młodszy, więc mieli troche rozrywek. Mama miała wigilię według swojego planu, z opłatkiem, czytaniem pisma i modlitwą. A u nas już bez tych tradycyjnych ceregieli, zawsze mnie to jakoś krępuje i zaciska. 

Boję się obiecywać, że będę pisać częściej ;D

Jakieś te doby takie krótkie, zwłaszcza na przyjemności. Niezmiennie kocham robić na szydełku, w tym roku byłam Mikołajem, rozdałam wszystkie gwiazdki różnym fajnym ludziom. Niestety gwiazdek było zdecydowanie za mało, żeby obdzielić wszystkich których bym chciała.