Piąty dzień bez szydełka. W dłoniach duża poprawa.
Nareszcie mrozisko zelżało, - 4 i wiatr, też zimno, ale to trochę inny rodzaj zimna. Wczoraj nie szło się zagrzać, dziś wreszcie czuć, że się pali w piecu.
Ojciec ma pompę ciepła, do -10 dawała radę, a potem trzeba ja było wspomagać innymi środkami. Żeby skorzystać z dofinasowania musiał wyrzucić z domu normalny piec i teraz modlił się ,żeby mu ta pompa nie stanęła całkiem. Na następną zimę wstawia piec z powrotem, na wszelki wypadek, bo już minie 5 lat.
Poprzednie 4 zimy były łagodniejsze.
Było tak cholernie zimno, że żal mi było osieroconej przez Figę Fionki i z ganku pozwoliłam jej się przenieść do domu. Ale ilość sierści jaka z niej leci przerasta moją wytrzymałość nerwową. Codziennie odkurzam, wyczesuję ją, ale ten podszerstek sypie się z niej jak zaczarowany. Nawet ją wykąpałam i brakuje mi pomysłów jak opanować te wszędobylskie kłaki.
Jesienią Fionka była poważnie chora, na tropikalną chorobę psów przenoszoną przez komary, Dirofilariozę, serio. Takie już mamy w Polsce komary, bo ona nigdzie nie wyjeżdżała.
Trochę moja wina, bo ona nienawidzi tabletek, Figa łykała wszystko, a ta jak francuski piesek, mamla, nie ma mowy, żeby coś przemycić. Nie wiem czemu ja na to wcześniej nie wpadłam, żeby jej rozpuszczać tabletki i strzykawką wlać do pyska. Męczyłam i ją i siebie żeby połknęła tabletkę, ona pluła uparcie, ja w końcu odpuszczałam, aż ta Dirofilaria nauczyła mnie determinacji, te pasożyty w krwi pływają, na szczęście w człowieku nie gustują.
Może ktoś z was ma jakiś pomysł jak okiełznać to rude futro?

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz