czwartek, 1 stycznia 2026

 Niespodziewanie przyszła pora na bloga. Nie wiem jak to się stało, że była taka długa przerwa.
Na pewno zassał mnie telefon, wykształciłam tam jakieś ścieżki, które nie wiodą na blogowisko i pożerają sporo czasu. Jak blogować to na kompie.

Dziś pierwszy dnień nowego roku, tradycyjnie słucham topu wszech czasów, już nie trójki, a radia 357, te stare przeboje wywołują nostalgię i ciągoty do refleksji. 

Szłam dziś ze słuchawkami na uszach na tradycyjny noworoczny  muzyczny spacer z moim ostatnim jaki mi się ostał psem i tak dumałam ile to się wydarzyło rzeczy w życiu. 

Najlepszą decyzją mojego życia była przeprowadzka na to moje zadupie do starego dziadkowego domu. 
5 stycznia minie 18 lat . Dzieci wyrosły, wyfrunęły, radzą sobie w swoich życiach, Babcia umarła, zdechły mi trzy psy, trzy koty. Wioska się wyludniła, kto mógł wyjechał, przez te 18 lat umarło 10 osób, jedno dziecko się urodziło. Aktualnie z 10 chałup, tylko 4 są zamieszkane, 8 osób i 5 psów zostało.
Lubię ten dom, dobrze mi tu, niewątpliwie to zasługa Iksińskiego, fajny z niego człowiek, umie kochać.

Dawno tyle nie ryczałam, jak w twe święta, zacznę od końca, bo zdechł mi pies, moja ukochana Figa ( pies mojego życia). Pora już na nią była, i w sumie to ulga że kochany pies już się nie męczy, no i zaszczyt, że doświadczyło się takiej psiej miłości, ale i tak, łzy mi się lały ciurkiem.





W słuchawkach Sting, oj zaraz znowu będę płakać...
Wszystko mnie wzrusza...
Ojciec też mnie mega wzruszył, ale to już chyba będzie temat na następny wpis

No ale wróćmy na początek. Obie synowe zapowiedziały się już w listopadzie na święta, więc pieczołowicie dwa miesiące stwarzałam w sobie presję, żeby się należycie przygotować. Chatę wysprzątałam gruntownie, umyłam nawet sufit w łazience i najgłębszy zakątek pod wanną. Kupiłam nową pościel, żeby dziewczyny nie kichały w starych piernatach. Największym trudem był plan kulinarny, który rodziłam w bólach przez te dwa miesiące i dopiero w ostatnim tygodniu go z siebie wydusiłam. Obkupiłam się w dobra wszelakie na bogato, kupiłam nową grę planszową, żeby rozrywek nie zabrakło. Stresowałam się całe dwa miesiące rozmyślając, bo kulinaria to moja pęta achillesowa, no i mam wybitny talent do przeżywania. Bałam się i cieszyłam w sumie. 
Dzień przed wigilią , w punkcie kulminacyjnym przygotowań, okazało się że mam Bostonkę.

Koleżanki wnuki przywlokły z przedszkola tego wirusa  i jakimś cudem mnie dopadł. Początek był niewinny, tylko pęcherzyki na podniebieniu i gardle, i konsternacja, co teraz? Udawać, że nic mi nie jest, bo wszystko już prawie gotowe, harmonogram ustalony, a jak mi się tak pogorszy jak w rodzinie koleżanki, że gorączka straszna , krosty wszędzie i niemożność jedzenia i mówienia?
Oczywiście nie dałam rady zmilczeć, wszystkim powiedziałam i na 4 godziny popadłam w psychodramę, bo tyle przygotowań, bo taka radość (i strach) że wszyscy razem. Taki żal, że na darmo to wszystko.
Rodzice zdezerterowali, młodszy Iksik dostał zakaz od synowej, bo sylwester już opłacony. Starszy tylko się nie bał i chciał przyjechać, a tu strach, że ich zarażę.
Przez tę psychodramę śledzie tak wymoczyłam, że grama soli w niech nie było czuć, cała sól ze śledzi popłynęła jak łzy z moich oczu... hehe
Ostatecznie pogodziłam się z losem, a po czasie, doszłam do wniosku, że nie ma tego złego co by na dobre nie wyszło. Trochę żal zaprzepaszczonej integracji, ale spokój zawsze na propsie. Bałam się trochę tego natężenia mocnych osobowości w jednym pomieszczeniu. Moi rodzice mieli szybką wigilię ze starszym, bo zanim przyjechali do nas wstąpili do dziadków. W pierwszy dzień świat, odwiedził ich młodszy, więc mieli troche rozrywek. Mama miała wigilię według swojego planu, z opłatkiem, czytaniem pisma i modlitwą. A u nas już bez tych tradycyjnych ceregieli, zawsze mnie to jakoś krępuje i zaciska. 

Boję się obiecywać, że będę pisać częściej ;D

Jakieś te doby takie krótkie, zwłaszcza na przyjemności. Niezmiennie kocham robić na szydełku, w tym roku byłam Mikołajem, rozdałam wszystkie gwiazdki różnym fajnym ludziom. Niestety gwiazdek było zdecydowanie za mało, żeby obdzielić wszystkich których bym chciała. 










czwartek, 12 grudnia 2024

 

Wraz z narastającą poranną ciemnością zarzuciłam wczesne wstawanie w celu poczytania, ale że jakość spania mam mizerną, więc nasyciwszy się tą nocną torturą, powróciłam do wstawania na budzik.
Nie występuje u mnie taki stan, że budzę się wyspana. Co rano zwlekam się jak zmora, tyle że na dźwięk budzika wyskakuję żwawiej. Spanie to jednak trochę strata czasu, a już oczekiwanie, że się wyśpię to utopia. Marzę o tym, że się kładę, śpię jednym ciągiem, twardo, nic mi się nie śni, że budzę się pełna energii i z chęcią działania wyskakuję z piernat.
Tymczasem śpię płytko, wszystko słyszę, śnią mi się niestworzone historie, zmagam się w tych koszmarach, budzę się wykończona, bez krzty zapału, leżę bo nie chce mi się nawet wstać. A ostatnio do tego pakietu uciążliwości dołączyła menopauza i dręcząc mnie uderzeniami gorąca podkręciła mi częstotliwość wybudzeń.

Przez ból dłoni, musiałam przystopować szydełkowanie, oj a tak lubię machać szydełkiem, no ale nie było wyjścia. Jako, że nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło, gruntownie wysprzątałam chałupę, z przemeblowaniem, i psychoanalizą zawartości szaf.

Nawet zrobiłam zamach na pokój Iksików, i urządziłam tam naszą sypialnię, a nasz dawny pokój teraz będzie gościnny. Smutkiem mnie napełniła ta zamiana, ale chwilowo, bo po wewnętrznych rozprawach i przegadaniu tematu z Iksikami doznałam rozgrzeszenia. Smutno mi było, że zabrałam dzieciom pokój, jakiś żal się odezwał za czymś już utraconym, przeminiętym.

Odwyk od szydełka plus masaże i gimnastykowanie stawów, dało efekt, nie w stu procentach, ale na tyle żeby jedną bombkę dziennie dało się zrobić, bo synową chciałam jeszcze obdarować. Pani która kupiła najwięcej bombek, wyraziła pragnienie posiadania gwiazdek, początkowo odmówiłam, ale jak tylko troszkę ból zelżał, radośnie rzuciłam się do dziubania gwiazdek.
Ale rozsądek i równowaga, to nie są moje parametry, tak łatwo przesadzić.


Dziwna sprawa, bo od gwiazdek bolą mnie oczy, a od bombek nie bolały, hmm? Chyba za bardzo się wgapiam. Wychodzi na to że gwiazdki wymagają większej perfekcji, trzeba tych pikotek i ozdóbek w ostatnim rzędzie wzrokowo dopilnować.
Zrobiłam jej pakiet choinkowy i teraz musze pomyśleć o świętach. Wzory na gwiazdki i bombki mogę oglądać godzinami, z pasją i zaciekawieniem, ale już przeglądanie przepisów kulinarnych śmiertelnie nudzi mnie po pięciu minutach.


A wy? Jak śpicie? Śni wam się coś? Jak się budzicie?



wtorek, 19 listopada 2024

 Zapomniałam wyłączyć piec na noc i włączył się o trzeciej, Plamka – moja kocia seniorka, boi się dźwięków pieca, więc miauczała jak opętana. Tak się wybiłam ze snu, że po godzinie przewracania się z boku na bok, wstałam. Trochę poczytałam, wypiłam kawkę ale mój rozbuchany umysł pączkuje mi  w czaszce, to też może dam mu upust, niech się wygada.


Od jakiegoś czasu stan psychiczny mojej mamy dostarcza mi wielu obaw. W zeszłym tygodniu była taka jazda, że tak się nakręciłam, spięłam, że mało tego, że dostałam sraczki, to pękłam szybę w samochodzie. Serio, boczna tylna lewa, czyli ta za kierowcą. Wolno wjeżdżałam na rondo, żadnego kamyczka, żadnych gwałtownych zdarzeń, równa droga, a tu znienacka :JEB!
Tak walnęło, że aż się zszokowałam i nie wiedziałam co to, myślałam, że poduszka powietrzna może wybuchła. Nie mogłam uwierzyć, że to szyba.




Rozsypała się w drobny mak, ale ona to zrobiła zamiast mnie. Może to zbieg okoliczności, ale jak jestem w wewnętrznym dygocie, to potrafię nawet bezpieczniki spalić. Emocje to potężna siła.

Takie zewnętrzne zdarzenie kazało mi się jakoś ogarnąć, żeby szkód nie narobić, emocjonalna jazda mojej mamy trwa i nawet się rozkręca, ale ja już swoje cugle powściągnęłam. No łeb mój gada i mieli na okrągło, co zrobić, co powiedzieć, jaką strategię przyjąć, ale dotarło do mnie, że nie mogę tak się spalać. Trzeba siły rozłożyć i jakoś się chronić.

Jeszcze nie wiem, czy to tylko przemijające zawirowanie, czy już początek demencji. Wkręca sobie, nakręca się, jest pobudzona, w trzy sekundy przechodzi z atakującego sarkazmem wściekłego psa do szlochającej ofiary.

Wczoraj była 52 rocznica ślubu moich rodziców, z mojej perspektywy, to najdłuższa droga krzyżowa w jakiej przyszło mi uczestniczyć. Szkoda mi ojca, bo to on jest pod ciągłym gradem oskarżeń, ale teraz to już mama przechodzi samą siebie. Psa lepiej traktuje niż jego, ale w jej pojęciu to on jest jej katem.
Taki stan rzeczy trwa od lat, ale ostatnio już sobie nie radzi, chore rozmiary ta nienawiść zaczyna przyjmować. To jej ulubiony temat, jaki ojciec jest okropny. Zatruwa sobie życie i wszystkim dookoła.

Najgorsze, że nie bardzo widzę wyjście z tej sytuacji, ma grubą depresję, ale do psychiatry jej nie zaciągnę.



sobota, 16 listopada 2024

oj oj ała ała

 Znowu kontuzjowało mnie szydełko, łapki bolą a wcale tak dużo nie robiłam. Chyba zdelikatniałam z wiekiem, ledwie kilka bombek a już każdy staw i wszystkie ścięgna nie dają o sobie zapomnieć.

Znowu miałam życiowe lekcje, których nie odrobiłam jak należy.
Zeszłej zimy, tak sobie od niechcenia narobiłam bombek do szuflady i teraz je usztywniłam, łącznie 92 sztuki. Dumałam jak je sprzedać i po ile, mamie i stryjence zaplanowałam po kilkanaście w prezencie.

Miałam dylemat z wyceną, bo każda bombka, to minimum dwie godziny mojego życia, plus koszty materiału, ale wiadomo, że licząc sam czas pracy po najniższej krajowej, nikt takiej ceny za bombkę nie da. Przydałby mi się specjalista do spraw sprzedaży, bo ja lubię robić, ale drygu do handlu zero.

Koleżanka przyjaciółki wyraziła chęć na 7 sztuk i jakże mi było głupio zdzierać z niej, a kobita majętna.
(tu wykrzyknik ze znakiem zapytania, że co kurde, skąd taka sprzeczność). 

Chciałam powiedzieć, że biorę co łaska, mając nadzieję, że nabywca zajrzy w internet i spojrzy jak się płaci za taki towar, ale mnie przyjaciółka uświadomiła, że jeśli nawet spojrzy w ten Internet, to na chiński badziew za grosze i że ma powiedzieć cenę. Powiedziałam 10 zł.
Ja nie wiem skąd to mam, ale łatwiej mi rozdać niż sprzedać. A jak już powiedziałam cenę dla obcych  15 złotych , to czuję się winna i chciałabym ich przepraszać, że tak drogo.  (Jezu! Dlaczego???) 

Szwagierce powiedziałam, że mam 30 sztuk na zbyciu po 15 zł, tu nie miałam skrupułów, bo to miała być transakcja anonimowa. ( czemu nie powiedziałam więcej?)

Koleżanka z którą od czasu do czasu spaceruję wyraziła chęć na moje bombki jeszcze w zeszłym roku, (dałam jej kilka próbnych modeli ). Myślałam, że ona weźmie ze 12 i będę mieć jeszcze kilka do dyspozycji, a ona wzięła 30 największych i najpiękniejszych. Tak mnie zatkało, że słowem się nie odezwałam. Mój błąd bo trzeba było od razu cenę podać, a ja chciałam po koleżeńsku ją potraktować. Nawet po te 10 złotych, 3 stówy było mi głupio powiedzieć i tak to zawisło. Ja powiedziałam co łaska, ona żebym się zastanowiła i nie wiem jak to się zakończy. Na pewno wyjdę na tym jak Zabłocki na mydle, ale trudno, odpuszczam i jej i sobie. No jestem Januszem biznesu, nie da się ukryć.
Moja linia obrony: pieniądze mnie lubią, zawsze je mam, koleżanka jest schorowana, dużo wydaje na leki, dokarmia bezdomne psy i koty.

No i w związku z tym, że ona zostawiła najmniej okazałe bombki, teraz mi wstyd przed koleżankami szwagierki i na gwałt dorabiam bardziej efektowne.

A na to wszystko powyższe moje ciało mówi: 
-ręce opadają!





sobota, 2 listopada 2024

2 listopada

 20 lat temu napisałam pierwszą notkę. W ostatnich latach trochę się opuściłam w blogowaniu, ale całkowicie mi ono nie odeszło.
Pamiętam jak zaciekawiło mnie nieznane słowo „blog”, kliknęłam i wsiąkłam. Namiętnie pożerałam wszystko, co wyszło spod ręki Anonimki, Jolindy,  Holi_goli i wielu innych pięknych ludzi.
Człowiek to moja pasja, a tu było tyle obiektów do obserwowania. Niektórzy milkli, ale pojawiali się nowi. Oprócz przyglądania się innym, zaczęłam też wyrażać siebie. Bardzo mi to pomogło, to było jak terapia, mogłam się przejrzeć w wielu oczach, dostrzec inne punkty widzenia w postrzeganiu własnych problemów.

Teraz coś się stało z czasem, jakby przyśpieszył, bo nie ma kiedy blogować, albo pożarł go fejsbook. Tam też można się przyglądać ludziom, trochę od innej strony, bo tam widać jaką twarz ludzie pokazują, jak się lansują. Wolę te blogowe szczere  esencje, niż fejsowe migawki, ale na fejsie nie trzeba się wysilać, skupiać na tekście, trochę się człowiek prześlizguje po powierzchniach, ale ta zmienność i obfitość pochłania uwagę i wciąga.

Ale wicher! Wszystkie wianki na cmentarzu będą fruwać.
Wstałam o piątej, żeby poczytać, bo mi to weszło w krew, ale urodziny blogaska mnie odciągnęły od zamiarów. A że czytam na kompie, tym łatwiej było zboczyć.

Angielską książkę przeczytałam, całe lato mi na to zeszło ;D
Teraz wciągnął mnie „Enneagram – typy osobowości” z pasją próbuje rozszyfrować kim jestem, odnajduję się w zbyta wielu typach ;D, krewnych i znajomy też rozgryzam i niektórzy są wypisz wymaluj jeden typ, na przykład teściowa , Enneagramowa  trójka, mogłaby za karykaturę robić z tym swoim nieustannym (patrzcie na mnie, czy wszyscy widzą jaka jestem wspaniała, ja wszystko mam najlepsze). Mój ojciec też jest trójką, ale na zupełnie innym poziomie, też mu się wydaje, że to jak widza go inni jest takie ważne , i że to jak on widzi sam siebie jest tożsame z tym jak widzą go inni. Ale nie epatuje tym, ceni to sobie (ten swój wizerunek) w sobie samym.

Menopauza mnie torturuje, dotychczas sporadycznie, raz na jakiś czas miewałam uderzenia gorąca w nocy, ale teraz mam również w dzień. Jakość snu znacząco mi się pogorszyła, wybudza mnie to czasami kilka razy w ciągu nocy. Jak to przetrwać? Ile to potrwa?

poniedziałek, 29 lipca 2024

rejestr


 Ale zimno! po tych upałach człek drży przy 20 stopniach.

Kury ogarnięte, małż do śniadania ma przelecieć talerzówką ścierniska, a ja zasiadłam, żeby uzupełnić papierologię, bo w ramach ekoschematów rolnik teraz musi każdy wyjazd w pole odnotować w kartotekach, powierzchnia, numer działki, data i tym podobne pierdoły. To moja działka, małż jest od robót praktycznych a ja od abstrakcyjnych ;D

Dziś chciałam pochylić się nad Buryśka i pokłonić się jej.

                                            

Obie moje koteczki staruszki w 17 wiośnie życia nagle weszły w smugę cienia. Jeszcze niedawno bawiły się jak kociaki, łapały myszy, wiodły beztroskie kocie życie, raptem zmarniały, schudły, zdziadziały, zniedołężniały.

Burysia znikła na 4 dni, oboje z małżem stwierdziliśmy, że poszła umrzeć. Tęskniłam za nią, opłakałam ją i pomyślałam, że chciałabym ją jeszcze raz wytulić, wygłaskać na pożegnanie. I przyszła!

Wytuliłam, wygłaskałam, zaniosłam do domu na kanapę, nastawiałąm misek z jedzeniem, ale tylko napiła się wody i chciała iść na dwór. Z pierwszym spojrzeniem, wiedziałam, że ona jest umierająca.
Tak jakby usłyszała moje życzenie i przyszła się pożegnać. Nigdzie jej nie ma, szukałam wszędzie.

Tak mentalnie się z nią łączę, żeby jej było lżej, bo umieranie jest trudne. Dziękuję jej że była, mieszkałyśmy w symbiozie tyle lat.

Umieranie babci śni mi się ciągle, ale gdyby nie te zmagania z przejściem, miałabym ogromną dziurę w sercu. Doświadczenie tego trudu i mozołu rodzi zgodę na śmierć.
I czy to człowiek czy kot, chcesz mu tego oszczędzić, i lepiej niech odejdzie zawczasu, bo przecież każdy musi. 

Teraz kolej na Plamkę, ledwo łazi, zgarbiona, chuda, ale jeszcze je.



Jest we mnie zgoda, ale płacze się samo. Cóż takie życie...
Doceniam, że dane mi było przeżyć taką międzygatunkowa więź.

Małż wróci na śniadanie i się zdziwi, co ja taka zaryczana, ale on zna moją turbo wrażliwość.
Zawsze go zdumiewa, że płaczę gdy słucham Wodeckiego, to będzie żartował, że wzruszył mnie rejestr zabiegów agrotechnicznych. 

niedziela, 14 lipca 2024

groch z kapustą

 Dziś niedziela, taka prawdziwa, bo popadało i nie będzie żniw. Wreszcie trochę schłodniało, bo wczorajsze 36 stopni było nie do wytrzymania.

Iksiński nie ma niedzieli, serwisuje kombajn, musi teraz robić za dwóch, bo młodszy Iksik wreszcie znalazł pracę i wyjechał. Ja robię za przyboczną, ale nie mam prawka na traktor, a na samą myśl o ciąganiu ciężkich przyczep chce mi się płakać ze strachu. Zaraz mnie katastroficzne wizje napadają.

Wykosiliśmy już jęczmień i rzepak. Po koszeniu jęczmienia w ekstremalnie wysokich temperaturach i kurzu Iksiński dostał zapalenia spojówek. Bizon nie ma klimy, taki kombajn jest jak piekarnik, a podczas koszenia rzepaku przestały działać wiatraczki w kabinie, ale taki kombajnista w trakcie roboty wstępuje na inny lewel egzystencji, ma supermoce i dokonuje niemożliwego. Bez klimy, bez wiatraczków, w morderczym upale i jeszcze wszechświat co chwilę rzuca kłody pod nogi. A to pęka przewód  i olej od hydrauliki tryskając na rurę wydechową zapala się, a to filtr się zapcha, a to kosa złamie, a to łańcuch w podajniku się urwie, a to główny pas co napędza całą maszynę się rozsypie. Każdy dzień takiego kombajnisty jest jak bieg przez płotki i cała rodzina biegnie razem z nim i tak skaczemy od świtu do nocy. czasem taka burza daje chwilę wytchnienia.

Mój ogródek był taki idealny, wyplewiony, wypieszczony, kartofle bujne, rządki równiutkie i obrobione, ale niknie w oczach. Kartofle już stonka kończy, ogórki uschły, cebula drobna i byle jaka.

W tym roku, motywem przewodnim były buddyjskie mowy dammy, których namiętnie słuchałam przy robocie na You Tube. Piotr Płaneta - tak mi ten chłopak przypadł do gustu że nikogo tak mi się nie chce słuchać jak jego.
I mają te jego mowy zastosowanie i w ogrodnictwie, wszystko jest nietrwałe, rób co potrafisz najlepiej jak możesz, ale niczego nie oczekuj, i do niczego się nie przywiązuj, odpuść. Zostawiam linka, może kogoś też pociągnie i przyniesie ulgę. przypadkowy filmik, jest ich wiele jego na kanale.





Buddyzm mnie kręci, do reinkarnacji byłam przekonana od zawsze, a tak życiowo mam pomieszanie z poplątaniem. Kilka lat nie jadłam mięsa i nawet nie wiem dlaczego, alkohol jest mi obcy, wzdrygam się na samą myśl, nie pragnę i żadnym wyrzeczeniem jest nie picie go. Ale jestem hodowcą kur (dla jaj), od roku również kaczek. Niebuddyjskie jest hodowanie kaczek na mięso i rosół, ale nie mam konfliktu wewnętrznego. Pewnie jeszcze musze się trochę powcielać, żeby złapać wyższy pułap ;)

Nasze kaczki mają zajebiste życie, ciepło słońce lato, trawka, siekiera, rosół, szybko sprawnie. Iksiński jest katem i wstępnym skubaczem, ja już tylko wykończeniówka i ćwiartowanie. Zdumiewam się tym, że to mnie nie przeraża, nie smuci, jakąś inną opowieść o tym w głowie mam, jest spokój, wdzięczność, natura i nawet podziw jak taka kaczka w środku jest uporządkowana, że tak ją natura zrobiła, że ona żyje, działa, że taki porządek jest w jej ciele.

Kaczki najwięcej korzystają z mojego ogródka, fanki sałaty i cukinii.




Tak mi się poprzewracało ostatnio, że wstaję o 4 a chodzę spać o 22, ale rano jest chociaż troszkę chłodniej. Dom już się tak nagrzał, a noce takie ciepłe, że nie ma jak chłodu nałapać.





Karmelka jest szalona, poluje na wszystko, straszy kury, napada na psy, gryzie i drapie ludzi, ale wszystko dla fanu, a potem słodko śpi.
Bocianek intensywnie trenuje, lada dzień wzbije się w przestworza. 
Uprasza się o trzymanie kciuków za kombajnistę i sprzęt (oraz przyboczną).