poniedziałek, 7 września 2026

 

Poszłam umyć włosy a umyłam całą łazienkę, teraz żeby mi pióra doschły poklikam, chociaż małż wyjął wtyczkę od internetu. Rano wkleję na blogaska, teraz „pokłapię dziobem” w ramach relaksu.

Byłam w sobotę u moich małych kuzynek ( 7 i 5 lat ). Urządziłam im warsztaty szydełkowe, ja wkręciłam się najbardziej. Dziewczyny chyba są za małe, chociaż ja już w wieku 7 lat miałam podstawy opanowane, one nie złapały bakcyla, ale ich mama trochę tak. Wydawało mi się że półsłupki i oczka łańcuszka, to banał i łatwizna, ale jednak nie tak od razu.

Mam listę zamówień ( garderoba Barbi) i tak mnie to zaferowało, że jak wróciłam do domu, to do pierwszej MUSIAŁAM zrobić kamizelkę, a do drugiej nie  mogłam zasnąć, bo intensywnie myślałam jak zrobić spodenki.



Już mnie trochę dłonie bolą i oczy, bo ubranka  dla lalek to precyzyjna robota, trzeba patrzeć i liczyć. Zdecydowanie jestem lepszym odtwórca niż projektantem. Dlatego tak lubię serwetki, gotowy wzór, nie trzeba móżdżyć.

No i chyba już się skończyłam…
W życiu mam zdecydowanie za mało czasu, na swobodne bycie ze sobą, tak sobie podumać, popisać bez ograniczeń, poczytać, wyspać się.

Wypada w tym miejscu docenić, że miałam dwa spokojne dni, nic mnie za mocno nie bolało i rodzina zajmowała się sobą, żadnych nagłych zwrotów akcji.

Powinności względem rodziców skutecznie wyparłam przy użyciu szydełka. Planowałam zrobić im integrację i zapobieganie demencji graniem w uno, albo rummikuba, ale brak mi entuzjazmu, żeby pokonać ich opór. Mama „nie ma czasu”, a ojciec gapi się w ekrany, każde z nich samotnie w swoim pokoju. Bycie razem to męka, oni się nie lubią i nie rozumieją.

W jakim wielu posiadłyście zdolność szydełkowania?



poniedziałek, 31 sierpnia 2026

 Za dużo dziś nie napiszę bo zaraz północ, a mam plany na wczesny poranek, ale w ramach wprawek blogowo_smartfonowych coś skrobnę.

Telefon to straszny złodziej, w coś klikniesz, zaciekawi cię i już trwonisz czas na czytanie. Muszę sobie jakąś dyscyplinę wprowadzić, żeby mnie nurt nie porywał. Chociaż czasem lubię tak zniknąć, bo jak czytam to mnie nie ma, łeb zajęty, nie dzieli włosa na czworo, nie tarza się w bólu istnienia.

Fejsbuk mnie zassał, rolki i szorty nie, skroluję główny ściek i pasjonują mnie ludzkie komentarze, chociaż tak naprawdę moja pasja są ludzie, dlatego czytam komentarze, ale już mam przesyt, muszę to ograniczyć.

Historia o tym jak zostałam prawilną teściową następnym razem. 

Ciekawa jestem na czym wy trwonicie czas na telefonach? I wszyscy też na nich blogujecie?


niedziela, 30 sierpnia 2026

 Przyniosłam sobie laptopa na ławkę z myślą, że coś napiszę, że pojeczę, dokonam  auto_psychoterapii, ale niski poziom baterii pozbawił mnie takiej szansy. 

Piękną pogodą, że żal w domu siedzieć, więc muszę się nauczyć blogować na komórce.

Już rozpaczliwie potrzebuję dokonać refleksji, ale to się nie da zrobić w 5 minut, nawet nie wiem od czego zacząć, nie obejmie wszystkiego na raz. 

Zacznę od końca, od momentu w teraz.

Leżę na hamaku, kaczki się chlapią w wodzie, jaskółki świergolą, pogoda przyjemna, komarów w tym roku nie ma, chociaż jeden plus suszy.

Całe lato minęło pod znakiem chorób mojego ojca, między szpitalami. Tak mnie to zestresowało, że zaliczyłam zaburzenia korzeni nerwowych i po trzech tygodniach  bólu dopiero zastrzyki mi pomogły. A w tym czasie jeszcze były żniwa. Wątpliwym plusem suszy były stosunkowo lekkie żniwa, bo plony były nędzne  i taka też jest niestety nasza skarbonka. 9 hektarów rzepaku nawet nie próbowaliśmy kosić. Najpierw mróz potem susza i zarobek wyszedł ujemny, bo nasiona, paliwo i inne koszty.

Ojciec tymczasem w domu, więc mam chwilę na złapanie oddechu, nie mam złudzeń w jaką stronę to zmierza.

Zaczęło się od sepsy, wyszedł z tego ale jego ciało się kończy, już go opłakuje jak babcię za życia, póki jeszcze jest sobą, bo za chwilę zostaną tylko choroby.

Niewydolność nerek, ciężka niewydolność serca, postępujące problemy z płucami.

Może będę zaglądać częściej, bo psyche potrzebuje ratunku, ale idę ćwiczyć. Wyszukałam jakiś zdrowy kręgosłup, bo mam taki lek że ten ból wróci, a nie chciałabym.

Umówiłam się z koleżusią, że się będziemy wzajemnie motywować.

Czuję taki pośpiech na plecach, robię jedno a czuję napór tych wszystkich innych rzeczy które powinnam zrobić, przez to nie mogę się zrelaksować.

wtorek, 17 marca 2026

 Zasiadłam do komputerka, żeby biurowe prace na rzecz gospodarstwa wykonać, ale jednak potrzebuję Iksińskiego, bo sama nie jestem do końca pewna, co na którym kawałku zasiane i jaki ekoschemat mam tam zaznaczyć. Co dwie głowy to nie jedna. 
I na blogi mnie ściągnęło, niechcący jakby ;D
Niestety już wiosna, pierwsze prace około domowe okupiłam turbo przeziębieniem. Od zapalenia krtani przez kaszle i katary do opryszczki w nosie i na nosie. 
Ale już się pozbierałam, nawet okna umyłam, bo nie mogłam znieść tego jak wyglądają w słońcu. Bociany lecąc, już pewnie chichoczą na myśl o moich czystych oknach :D
Gniazdo mają wyszykowane:










Zdjęcia z 1 marca śnieg już się roztopił, w tym roku wyjątkowo leżał całą zimę. Spadł w grudniu i non stop leżał do marca. Plus był taki że koty się nie brudziły. 
Łapki mi trochę odpuściły, trochę bolą, ale robię bo lubię.

Nie umiem robić zdjęć, kolory są nie takie, nie umiem zadbać o szczegóły, żeby jakieś ładne tło uchwycić. Ja robię obiekt, a potem się okazuje, że mandala uprasowana, ale materiał dookoła już nie ;D|
Ale zawsze dzięki temu na moim tle, mogą się lepiej poczuć ci którzy to potrafią ;)
Nie umiem, przyznaje się i nawet nie mam aspiracji, już musi tak być. 




Mandala poleci za granicę do siostry mojej przyjaciółki, więc bez obręczy, tak łatwiej przetransportować. A ta druga zrobiona nie wiadomo po co, bo wzór mnie zaciekawił ;D





Zaraz się zaczną ogródki trawniki i nie będzie czasu na szydełko. Rolnictwo napawa mnie zgrozą, ceny paliwa i nawozów szybują a ceny tego co produkujemy są na poziomie sprzed 20 lat, jak żyć?
Niezliczone ilości marchwi, pietruszki, cebuli i ziemniaków gniją w polach, część nawet niewykopana, nie było gdzie tego sprzedać. Teraz już trzeba siać, a nie wiadomo, czy będzie zbyt, przetwórnie nie chcą podpisywać umów kontraktacyjnych. 



Powyżej pryzma marchwi, jakich wiele w okolicy. Trzeba było trochę trudu, żeby to zasiać i wykopać, a teraz leży i marnieje. 


piątek, 23 stycznia 2026

 Piąty dzień bez szydełka. W dłoniach duża poprawa.

Nareszcie mrozisko zelżało, - 4 i wiatr, też zimno, ale to trochę inny rodzaj zimna. Wczoraj nie szło się zagrzać, dziś wreszcie czuć, że się pali w piecu. 

Ojciec ma pompę ciepła, do -10 dawała radę, a potem trzeba ja było wspomagać innymi środkami. Żeby skorzystać z dofinasowania musiał wyrzucić z domu normalny piec i teraz modlił się ,żeby mu ta pompa nie stanęła całkiem. Na następną zimę wstawia piec z powrotem, na wszelki wypadek, bo już minie 5 lat. 
Poprzednie 4 zimy były łagodniejsze.

Było tak cholernie zimno, że żal mi było osieroconej przez Figę Fionki i z ganku pozwoliłam jej się przenieść do domu. Ale ilość sierści jaka z niej leci przerasta moją wytrzymałość nerwową. Codziennie odkurzam, wyczesuję ją, ale ten podszerstek sypie się z niej jak zaczarowany. Nawet ją wykąpałam i brakuje mi pomysłów jak opanować te wszędobylskie kłaki.

Jesienią Fionka była poważnie chora, na tropikalną chorobę psów przenoszoną przez komary, Dirofilariozę, serio. Takie już mamy w Polsce komary, bo ona nigdzie nie wyjeżdżała.
Trochę moja wina, bo ona nienawidzi tabletek, Figa łykała wszystko, a ta jak francuski piesek, mamla, nie ma mowy, żeby coś przemycić. Nie wiem czemu ja na to wcześniej nie wpadłam, żeby jej rozpuszczać tabletki i strzykawką wlać do pyska. Męczyłam i ją i siebie żeby połknęła tabletkę, ona pluła uparcie, ja w końcu odpuszczałam, aż ta Dirofilaria nauczyła mnie determinacji, te pasożyty w krwi pływają, na szczęście w człowieku nie gustują.


Może ktoś z was ma jakiś pomysł jak okiełznać  to rude futro?

poniedziałek, 19 stycznia 2026

tradycyjne trzy po trzy, czyli pitu pitu

 Nazywam się Ania i jestem szydełkoholiczką, nie szydełkowałam już jeden długi dzień. 

Znowu mnie dopadło!
Tak lubię szydełkować, odpręża mnie to, i jak gadam przez telefon, to nie marnuję czasu dłubiąc i podkastów można posłuchać, ponicnierobić, ale tak mnie znowu łapy bolą, że mus na odwyk.
Nie rozumiem dlaczego tak się dzieje, przecież ja nawet nie szydełkuję dużo. 
To niesprawiedliwe!
Ale jak już mnie w nocy ból budzi, to trzeba odpuścić. 
Mam syndrom odstawienia, brakuje mi, chociaż palce bolą. Kilka dni robiłam już z lekkim bólem, a wczoraj, dużo gadałam przez telefon a jak jestem z drugim człowiekiem, to wyłączam się z ciała. Nie czuję co jem, co piję, że chce mi się siku, że napięte palce się zemszczą. No nic, przeczekam, kiedyś minie.

Zima dokazuje, rano było -22 , szczęście że wiatru nie ma to drogi mam przejezdne wreszcie.


Chatę sąsiadów udało się uratować, paliliśmy w piecu przez dwa tygodnie. Zawiani byliśmy kilka dni, więc jak już udało mi się uświadomić sąsiadom, że trzeba kupić węgiel, to już nie dało się wyjechać. Iksiński narżnął trochę drzewa i paląc, w między czasie nosiliśmy w workach na plecach ten opał przez zaspy. 
Akurat jak przyjechali trafili w okno pogodowe, że przestało wiać, więc przejęli pałeczkę z paleniem. Zdążyłam się jeszcze lekko poróżnić z Iksińskim, bo on uważał, że tego dnia sami już sobie napalą, a ja, że trzeba im napalić, zwyczajnie i po ludzku, że przyjadą zmęczeni a tu 2 stopnie ledwo, bo na dworze mróz jak koń. On mi powiedział, że jestem głupia, a ja przemilczałam i nie wzięłam do siebie Wolałam być głupia, ale w zgodzie ze sobą. 
Spokojniej było z nim tam chodzić, bo jak poszłam sama to zaraz milion lęków na mnie siadło, a jak się sadza zapali, a jak się chałupa spali, kurde.

Sąsiadka kupę prezentów w podzięce przywiozła, kawy, herbaty, czekolady i różne takie frykasy, aż mi się głupio zrobiło. Bo wcześniej pytała ile kasy ma mi przelać na węgiel, ale, że żadnego paragonu nie mogłam przedstawić, Iksiński wymyślił, że chce 100 euro, za palenie, drewno, i pompkę z wymianą.
Już wyartykułowanie tej stówy, przyszło mi z trudem, we wiadomościach chciałam się kajać, i tłumaczyć, jakoś się powstrzymałam, bo tak po prawdzie  sam hydraulik i pompka mogłoby ich tyle kosztować.
A tu stówę przywieźli i jeszcze prezenty, zdecydowanie lepiej umiem dawać , niż brać.

Jak odjeżdzali zaprosili nas na herbatę, bałam się sama do nich iść, żeby mnie nie osiodłali w palenie do końca zimy, albo w wypuszczanie wody z centralnego. Asertywność trudna sprawa.
Najpierw próbowali z tym paleniem, ale Iksiński chcąc mnie wybawić, zaprotestował, że to bez sensu, że trzeba wodę wypuścić, spytali go czy wypuści i się zgodził. Hehe, wyszło na to, że on też jest głupi, ale przemilczałam. 
Sam wszystko porobił, nawet nie zaoferowali, że będą asystować, pomagać, dopilnowywać, on nie nalegał, bo pewnie już wolał sam to zrobić, niż się męczyć z ich niepełnosprytnością.
Na odchodne sąsiad poprosił, żeby jeszcze zamek zmienić w drzwiach, dał na ten cel 50 zł. Akurat tyle kosztował, ale jeszcze trzeba było po niego pojechać do sklepu i zamontować. Jesteśmy z małżem Janusze biznesu ;D No ale sąsiad też jest Januszem szerokiego gestu.
Śmieszy mnie to wszystko ;D
Cieszę się, że chata uratowana, że po planecie nie będą się walać popękane kaloryfery, że sprzedają ten dom, że mają kupców. Jestem ich bardzo ciekawa.



poniedziałek, 5 stycznia 2026

 Trzecia notka w tym tygodniu?
A czemu nie, popiszę z głupia frant w moim tradycyjnym stylu "groch z kapustą".

Miałam poćwiczyć, jakiś pilates, albo jogę, ale uznałam że jako trening zaliczę sobie spacerowanie do chałupy sąsiadów, z 500 metrów tam mam. Rano poleciałam sprawdzić temperaturę i odsłonić rolety, żeby słońce mogło zacieplać wnętrze przez szybę. Było dwa stopnie na plusie w środku.
Wieczorem poszliśmy razem z Iksińskim rozpalić, on hajcował a ja poleciałam z powrotem do domu, bo zapomniałam testowej butelki z wodą (postawiłam w nachłodniejszym miejscu i będę obserwować).
No i jak już uznałam, że się wypaliło, to poleciałam pompkę wyłączyć. W sumie 4 km, trening zaliczony.

Śmiać mi się chce z Iksińskiego, ale już nic nie gadam, bo najpierw się nie chciał dać przekonać, żeby im ten dom uratować, a teraz sam z siebie wpadł na pomysł, żebyśmy pojechali do babciowej chatki, wymontował pompkę i wstawił ją w miejsce tej starej zepsutej u sąsiadów, a teraz ja klikam a on lutuje jakiś sterownik, który uszkodziła ta pompka. Jak go dziś na chwilę zostawiłam samego w tej piwnicy latając do domu, to gdy wróciłam, było już posprzątane. Złota rączka a nawet i złoty człowiek, czasem jest upartym baranem, ale długo go nie trzyma ;)

Mieliśmy latem taka spektakularną sprzeczkę, słynną na całą gminę. Może znajdę jej opis jaki zrobiłam dla przyjaciółek?

No, mam.Oto i on (ten opis):

 Myślę. 
Czy to będzie opowieść o złości, ego, dumie, pokorze?  
Posprzeczaliśmy się o bzdurę. 
Czy to z powodu pełni, czy zmęczenia, on wstał lekko podkurwiony. Drażliwie reagował, nieznacznie, gdzieś poza jego świadomością, w tle bzyczało napięcie.
 Rozładował jedną przyczepę i przyjechał po drugą, mieliśmy krótką wymianę zdań, w której jego ego chciało się wylansować, na najmądrzejsze, robiące wszystko najlepiej, konkretnie chodziło o mierzenie wilgotności zboża. 
Moje ego się nabzdyczyło, poczuło urażone, bo skoro nikt nie umie zmierzyć tak dobrze jak on, wszyscy robią źle, wszystkim musi wytłumaczyć i udowodnić, że tylko on nie popełnia błędów, skoro jestem taka beznadziejna, że nawet tak prostej czynności nie robię dobrze, to foch, łzy, sam se mierz, wypchaj się. 

Nie tyle chodziło mi o słowa, co o postawę "ja wszystko wiem, popełniacie błędy i ja wam to udowodnię".

 To było ego kontra ego, jakaś głupia przepychanka o rację. Ja się rozpłakałam i poszłam do domu, on się wkurwił, że chciał wytłumaczyć a tu zero zrozumienia. 
Wsiadł w traktor i impetem pojechał, kilometr dalej tylna burta odskoczyła i postanowiła udzielić nam lekcji pokory.
 Jemu, że nikt nie jest doskonały i każdy popełnia błędy. A mi, że jak widzisz cudze ego, co skacze jak wesz na kołnierzu, to powściągnij swoje. 

5 godzin zajęło sprzątanie, wiele przygód przy tym np. wybuchła opona w wózku widłowym, połamanych paznokci i pęcherzy od miotły już nawet nie wspomnę. Wysiłek fizyczny był fest, żeby tych kilka ton pozbierać. Trzeba było pokornie znieść spojrzenia gapiów, liczne komentarze „no co on nie widział?”, z wdzięcznością przyjąć pomoc spontanicznie przybyłych. Jak już się wszyscy rozeszli, przeprosiliśmy się i uściskali, rozważając jakąż to potężną moc ma złość i rozwścieczone ego.



Nieźle, co? 
Dałam wtedy ogłoszenie na fejsie, żeby ludzie sobie przyszli nazbierać darmowej pszenicy dla kur. Szufelką i zmiotką zebrałam 3 tony w te 5 godzin ;D przez miesiąc po tym incydencie miałam ścierpnięte dwa palce w dłoni. Gnał wtedy taki wściekły 3 kilometry i nawet się nie obejrzał. Wcześnie rano to się działo, nikt nie jechał, dopiero te 3 km dalej kierowca z przeciwka go zaalarmował.
Wzruszyło mnie, że ludzie chwycili za miotły i przyjechali pomóc, niektórzy zupełnie bezinteresownie.

Teraz tez jest pełnia, więc obserwujcie, bo ego lubi się w tym czasie wzdymać ;)


sobota, 3 stycznia 2026

 Z cyklu : nie miała baba kłopotu.

Kilka lat temu opuścili naszą wioskę przybysze z dalekiego miasta, których życie na wsi przerosło. Wyjechali do pracy do Niemec, ku mojej wielkiej uldze. Asekurowałam ich trochę, pożyczałam pieniądze, pilnowałam dziecka, ale nie rokowali dobrze. Wynajęli swój dom. Pierwsza lokatorka była bardzo w porządku, ale kupiła swój dom i się wyprowadziła. Przyszli następni, podopieczni opieki społecznej, niewydolni, ale też izolujący się, więc nie wyszliśmy w kontaktach poza "dzień dobry" przez prawie dwa lata. Dom jest teraz na sprzedaż,a najemcy robili trudności potencjalnym kupcom, uniemożliwiając oglądanie, policja tam ciągle zaglądała, a na początku grudnia się wyprowadzili. Zostawili klucz na parapecie i pouchylane okna(?!).
Właściciele z Niemiec poprosili mnie żebym wzięła klucze i obejrzała dom.

Nagrałam im filmiki z wejścia. Ogólnie dom nosi ślady użytkowania, chociaż zważywszy na fakt, że sprzątał tam i robił wyprowadzkę 17-latek z kolegami, to mogłoby być gorzej.
Dopóki nie było mrozów, nie miałam problemu, a im dłużej trzyma mróz tym bardziej martwię się że popękają im tam rury i inne grzejniki. Wodę zakręciłam, chciałam podmówić Iksińskiego, żeby im spuścił wodę z centralnego, ale on się wzbrania, bo to nie jego sprawa, nie jego problem. Ciągle mamy na ten temat dyskusje, bo on uważa, że ja się pcham tam gdzie nie trzeba, a mi zwyczajnie żal ludzi.

Wierciłam mu dziurę w brzuchu i w końcu zgodził się, żebyśmy im tam napalili w piecu, żeby chata dotrwała do ich przyjazdu 10 stycznia. Ja byłam mózgiem operacji, a on fizycznie musiał się wykazać, bo ani grama opału tam nie było, my palimy peletem, więc nie mamy, ani węgla, ani drewna. Porżnął jakieś stare konary, deski i tym podobne szpargały i w 2 workach zanieśliśmy to przez zaspy.

Takiego mieliśmy w tym roku sylwestra w cudzej piwnicy. Fajerwerki też były, bo dwa razy wysadziliśmy korki, znaczy się małż usiłował uruchomić osprzęt pieca, ostatecznie okazało się, że pompka w piecu jest zepsuta i robi zwarcie. Przepaliliśmy ostrożnie, żeby wody nie zagotować, bo przy miedzianej instalacji i tych cieniutkich rureczkach normalne palenie w piecu bez pompki nie jest możliwe.

I teraz się zastanawiam, czy zamarznie czy nie zamarznie,bo drewna nie za wiele, a tu mrozy nadają jak na złość. W głowie codziennie do nich piszę, że może powinni jednak wynająć hydraulika, żeby im spuścił tę wodę, że jak im to wszystko popęka, to będą grube koszty, ale to nawet nie jest mój problem. Inna rzecz, że ci właściciele są niepełnosprytni, mili ciepli ludzie, ale z logiką na bakier. 
Codziennie daje sobie na wstrzymanie, bo przecież niby są dorośli, ale trochę się szarpię.

Ta ich chata jest na 340 tysi wyceniona, ogromna działka,budynki gospodarcze, spokojna okolica. A mieszkania w Krakowie w kosmicznych cenach, za taką kwotę to można by jedynie jakąś patokawalerkę kupić.
Mam nadzieję, że kupi ten dom ktoś normalny. 


czwartek, 1 stycznia 2026

 Niespodziewanie przyszła pora na bloga. Nie wiem jak to się stało, że była taka długa przerwa.
Na pewno zassał mnie telefon, wykształciłam tam jakieś ścieżki, które nie wiodą na blogowisko i pożerają sporo czasu. Jak blogować to na kompie.

Dziś pierwszy dnień nowego roku, tradycyjnie słucham topu wszech czasów, już nie trójki, a radia 357, te stare przeboje wywołują nostalgię i ciągoty do refleksji. 

Szłam dziś ze słuchawkami na uszach na tradycyjny noworoczny  muzyczny spacer z moim ostatnim jaki mi się ostał psem i tak dumałam ile to się wydarzyło rzeczy w życiu. 

Najlepszą decyzją mojego życia była przeprowadzka na to moje zadupie do starego dziadkowego domu. 
5 stycznia minie 18 lat . Dzieci wyrosły, wyfrunęły, radzą sobie w swoich życiach, Babcia umarła, zdechły mi trzy psy, trzy koty. Wioska się wyludniła, kto mógł wyjechał, przez te 18 lat umarło 10 osób, jedno dziecko się urodziło. Aktualnie z 10 chałup, tylko 4 są zamieszkane, 8 osób i 5 psów zostało.
Lubię ten dom, dobrze mi tu, niewątpliwie to zasługa Iksińskiego, fajny z niego człowiek, umie kochać.

Dawno tyle nie ryczałam, jak w twe święta, zacznę od końca, bo zdechł mi pies, moja ukochana Figa ( pies mojego życia). Pora już na nią była, i w sumie to ulga że kochany pies już się nie męczy, no i zaszczyt, że doświadczyło się takiej psiej miłości, ale i tak, łzy mi się lały ciurkiem.





W słuchawkach Sting, oj zaraz znowu będę płakać...
Wszystko mnie wzrusza...
Ojciec też mnie mega wzruszył, ale to już chyba będzie temat na następny wpis

No ale wróćmy na początek. Obie synowe zapowiedziały się już w listopadzie na święta, więc pieczołowicie dwa miesiące stwarzałam w sobie presję, żeby się należycie przygotować. Chatę wysprzątałam gruntownie, umyłam nawet sufit w łazience i najgłębszy zakątek pod wanną. Kupiłam nową pościel, żeby dziewczyny nie kichały w starych piernatach. Największym trudem był plan kulinarny, który rodziłam w bólach przez te dwa miesiące i dopiero w ostatnim tygodniu go z siebie wydusiłam. Obkupiłam się w dobra wszelakie na bogato, kupiłam nową grę planszową, żeby rozrywek nie zabrakło. Stresowałam się całe dwa miesiące rozmyślając, bo kulinaria to moja pęta achillesowa, no i mam wybitny talent do przeżywania. Bałam się i cieszyłam w sumie. 
Dzień przed wigilią , w punkcie kulminacyjnym przygotowań, okazało się że mam Bostonkę.

Koleżanki wnuki przywlokły z przedszkola tego wirusa  i jakimś cudem mnie dopadł. Początek był niewinny, tylko pęcherzyki na podniebieniu i gardle, i konsternacja, co teraz? Udawać, że nic mi nie jest, bo wszystko już prawie gotowe, harmonogram ustalony, a jak mi się tak pogorszy jak w rodzinie koleżanki, że gorączka straszna , krosty wszędzie i niemożność jedzenia i mówienia?
Oczywiście nie dałam rady zmilczeć, wszystkim powiedziałam i na 4 godziny popadłam w psychodramę, bo tyle przygotowań, bo taka radość (i strach) że wszyscy razem. Taki żal, że na darmo to wszystko.
Rodzice zdezerterowali, młodszy Iksik dostał zakaz od synowej, bo sylwester już opłacony. Starszy tylko się nie bał i chciał przyjechać, a tu strach, że ich zarażę.
Przez tę psychodramę śledzie tak wymoczyłam, że grama soli w niech nie było czuć, cała sól ze śledzi popłynęła jak łzy z moich oczu... hehe
Ostatecznie pogodziłam się z losem, a po czasie, doszłam do wniosku, że nie ma tego złego co by na dobre nie wyszło. Trochę żal zaprzepaszczonej integracji, ale spokój zawsze na propsie. Bałam się trochę tego natężenia mocnych osobowości w jednym pomieszczeniu. Moi rodzice mieli szybką wigilię ze starszym, bo zanim przyjechali do nas wstąpili do dziadków. W pierwszy dzień świat, odwiedził ich młodszy, więc mieli troche rozrywek. Mama miała wigilię według swojego planu, z opłatkiem, czytaniem pisma i modlitwą. A u nas już bez tych tradycyjnych ceregieli, zawsze mnie to jakoś krępuje i zaciska. 

Boję się obiecywać, że będę pisać częściej ;D

Jakieś te doby takie krótkie, zwłaszcza na przyjemności. Niezmiennie kocham robić na szydełku, w tym roku byłam Mikołajem, rozdałam wszystkie gwiazdki różnym fajnym ludziom. Niestety gwiazdek było zdecydowanie za mało, żeby obdzielić wszystkich których bym chciała. 










czwartek, 12 grudnia 2024

 

Wraz z narastającą poranną ciemnością zarzuciłam wczesne wstawanie w celu poczytania, ale że jakość spania mam mizerną, więc nasyciwszy się tą nocną torturą, powróciłam do wstawania na budzik.
Nie występuje u mnie taki stan, że budzę się wyspana. Co rano zwlekam się jak zmora, tyle że na dźwięk budzika wyskakuję żwawiej. Spanie to jednak trochę strata czasu, a już oczekiwanie, że się wyśpię to utopia. Marzę o tym, że się kładę, śpię jednym ciągiem, twardo, nic mi się nie śni, że budzę się pełna energii i z chęcią działania wyskakuję z piernat.
Tymczasem śpię płytko, wszystko słyszę, śnią mi się niestworzone historie, zmagam się w tych koszmarach, budzę się wykończona, bez krzty zapału, leżę bo nie chce mi się nawet wstać. A ostatnio do tego pakietu uciążliwości dołączyła menopauza i dręcząc mnie uderzeniami gorąca podkręciła mi częstotliwość wybudzeń.

Przez ból dłoni, musiałam przystopować szydełkowanie, oj a tak lubię machać szydełkiem, no ale nie było wyjścia. Jako, że nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło, gruntownie wysprzątałam chałupę, z przemeblowaniem, i psychoanalizą zawartości szaf.

Nawet zrobiłam zamach na pokój Iksików, i urządziłam tam naszą sypialnię, a nasz dawny pokój teraz będzie gościnny. Smutkiem mnie napełniła ta zamiana, ale chwilowo, bo po wewnętrznych rozprawach i przegadaniu tematu z Iksikami doznałam rozgrzeszenia. Smutno mi było, że zabrałam dzieciom pokój, jakiś żal się odezwał za czymś już utraconym, przeminiętym.

Odwyk od szydełka plus masaże i gimnastykowanie stawów, dało efekt, nie w stu procentach, ale na tyle żeby jedną bombkę dziennie dało się zrobić, bo synową chciałam jeszcze obdarować. Pani która kupiła najwięcej bombek, wyraziła pragnienie posiadania gwiazdek, początkowo odmówiłam, ale jak tylko troszkę ból zelżał, radośnie rzuciłam się do dziubania gwiazdek.
Ale rozsądek i równowaga, to nie są moje parametry, tak łatwo przesadzić.


Dziwna sprawa, bo od gwiazdek bolą mnie oczy, a od bombek nie bolały, hmm? Chyba za bardzo się wgapiam. Wychodzi na to że gwiazdki wymagają większej perfekcji, trzeba tych pikotek i ozdóbek w ostatnim rzędzie wzrokowo dopilnować.
Zrobiłam jej pakiet choinkowy i teraz musze pomyśleć o świętach. Wzory na gwiazdki i bombki mogę oglądać godzinami, z pasją i zaciekawieniem, ale już przeglądanie przepisów kulinarnych śmiertelnie nudzi mnie po pięciu minutach.


A wy? Jak śpicie? Śni wam się coś? Jak się budzicie?



wtorek, 19 listopada 2024

 Zapomniałam wyłączyć piec na noc i włączył się o trzeciej, Plamka – moja kocia seniorka, boi się dźwięków pieca, więc miauczała jak opętana. Tak się wybiłam ze snu, że po godzinie przewracania się z boku na bok, wstałam. Trochę poczytałam, wypiłam kawkę ale mój rozbuchany umysł pączkuje mi  w czaszce, to też może dam mu upust, niech się wygada.


Od jakiegoś czasu stan psychiczny mojej mamy dostarcza mi wielu obaw. W zeszłym tygodniu była taka jazda, że tak się nakręciłam, spięłam, że mało tego, że dostałam sraczki, to pękłam szybę w samochodzie. Serio, boczna tylna lewa, czyli ta za kierowcą. Wolno wjeżdżałam na rondo, żadnego kamyczka, żadnych gwałtownych zdarzeń, równa droga, a tu znienacka :JEB!
Tak walnęło, że aż się zszokowałam i nie wiedziałam co to, myślałam, że poduszka powietrzna może wybuchła. Nie mogłam uwierzyć, że to szyba.




Rozsypała się w drobny mak, ale ona to zrobiła zamiast mnie. Może to zbieg okoliczności, ale jak jestem w wewnętrznym dygocie, to potrafię nawet bezpieczniki spalić. Emocje to potężna siła.

Takie zewnętrzne zdarzenie kazało mi się jakoś ogarnąć, żeby szkód nie narobić, emocjonalna jazda mojej mamy trwa i nawet się rozkręca, ale ja już swoje cugle powściągnęłam. No łeb mój gada i mieli na okrągło, co zrobić, co powiedzieć, jaką strategię przyjąć, ale dotarło do mnie, że nie mogę tak się spalać. Trzeba siły rozłożyć i jakoś się chronić.

Jeszcze nie wiem, czy to tylko przemijające zawirowanie, czy już początek demencji. Wkręca sobie, nakręca się, jest pobudzona, w trzy sekundy przechodzi z atakującego sarkazmem wściekłego psa do szlochającej ofiary.

Wczoraj była 52 rocznica ślubu moich rodziców, z mojej perspektywy, to najdłuższa droga krzyżowa w jakiej przyszło mi uczestniczyć. Szkoda mi ojca, bo to on jest pod ciągłym gradem oskarżeń, ale teraz to już mama przechodzi samą siebie. Psa lepiej traktuje niż jego, ale w jej pojęciu to on jest jej katem.
Taki stan rzeczy trwa od lat, ale ostatnio już sobie nie radzi, chore rozmiary ta nienawiść zaczyna przyjmować. To jej ulubiony temat, jaki ojciec jest okropny. Zatruwa sobie życie i wszystkim dookoła.

Najgorsze, że nie bardzo widzę wyjście z tej sytuacji, ma grubą depresję, ale do psychiatry jej nie zaciągnę.



sobota, 16 listopada 2024

oj oj ała ała

 Znowu kontuzjowało mnie szydełko, łapki bolą a wcale tak dużo nie robiłam. Chyba zdelikatniałam z wiekiem, ledwie kilka bombek a już każdy staw i wszystkie ścięgna nie dają o sobie zapomnieć.

Znowu miałam życiowe lekcje, których nie odrobiłam jak należy.
Zeszłej zimy, tak sobie od niechcenia narobiłam bombek do szuflady i teraz je usztywniłam, łącznie 92 sztuki. Dumałam jak je sprzedać i po ile, mamie i stryjence zaplanowałam po kilkanaście w prezencie.

Miałam dylemat z wyceną, bo każda bombka, to minimum dwie godziny mojego życia, plus koszty materiału, ale wiadomo, że licząc sam czas pracy po najniższej krajowej, nikt takiej ceny za bombkę nie da. Przydałby mi się specjalista do spraw sprzedaży, bo ja lubię robić, ale drygu do handlu zero.

Koleżanka przyjaciółki wyraziła chęć na 7 sztuk i jakże mi było głupio zdzierać z niej, a kobita majętna.
(tu wykrzyknik ze znakiem zapytania, że co kurde, skąd taka sprzeczność). 

Chciałam powiedzieć, że biorę co łaska, mając nadzieję, że nabywca zajrzy w internet i spojrzy jak się płaci za taki towar, ale mnie przyjaciółka uświadomiła, że jeśli nawet spojrzy w ten Internet, to na chiński badziew za grosze i że ma powiedzieć cenę. Powiedziałam 10 zł.
Ja nie wiem skąd to mam, ale łatwiej mi rozdać niż sprzedać. A jak już powiedziałam cenę dla obcych  15 złotych , to czuję się winna i chciałabym ich przepraszać, że tak drogo.  (Jezu! Dlaczego???) 

Szwagierce powiedziałam, że mam 30 sztuk na zbyciu po 15 zł, tu nie miałam skrupułów, bo to miała być transakcja anonimowa. ( czemu nie powiedziałam więcej?)

Koleżanka z którą od czasu do czasu spaceruję wyraziła chęć na moje bombki jeszcze w zeszłym roku, (dałam jej kilka próbnych modeli ). Myślałam, że ona weźmie ze 12 i będę mieć jeszcze kilka do dyspozycji, a ona wzięła 30 największych i najpiękniejszych. Tak mnie zatkało, że słowem się nie odezwałam. Mój błąd bo trzeba było od razu cenę podać, a ja chciałam po koleżeńsku ją potraktować. Nawet po te 10 złotych, 3 stówy było mi głupio powiedzieć i tak to zawisło. Ja powiedziałam co łaska, ona żebym się zastanowiła i nie wiem jak to się zakończy. Na pewno wyjdę na tym jak Zabłocki na mydle, ale trudno, odpuszczam i jej i sobie. No jestem Januszem biznesu, nie da się ukryć.
Moja linia obrony: pieniądze mnie lubią, zawsze je mam, koleżanka jest schorowana, dużo wydaje na leki, dokarmia bezdomne psy i koty.

No i w związku z tym, że ona zostawiła najmniej okazałe bombki, teraz mi wstyd przed koleżankami szwagierki i na gwałt dorabiam bardziej efektowne.

A na to wszystko powyższe moje ciało mówi: 
-ręce opadają!





sobota, 2 listopada 2024

2 listopada

 20 lat temu napisałam pierwszą notkę. W ostatnich latach trochę się opuściłam w blogowaniu, ale całkowicie mi ono nie odeszło.
Pamiętam jak zaciekawiło mnie nieznane słowo „blog”, kliknęłam i wsiąkłam. Namiętnie pożerałam wszystko, co wyszło spod ręki Anonimki, Jolindy,  Holi_goli i wielu innych pięknych ludzi.
Człowiek to moja pasja, a tu było tyle obiektów do obserwowania. Niektórzy milkli, ale pojawiali się nowi. Oprócz przyglądania się innym, zaczęłam też wyrażać siebie. Bardzo mi to pomogło, to było jak terapia, mogłam się przejrzeć w wielu oczach, dostrzec inne punkty widzenia w postrzeganiu własnych problemów.

Teraz coś się stało z czasem, jakby przyśpieszył, bo nie ma kiedy blogować, albo pożarł go fejsbook. Tam też można się przyglądać ludziom, trochę od innej strony, bo tam widać jaką twarz ludzie pokazują, jak się lansują. Wolę te blogowe szczere  esencje, niż fejsowe migawki, ale na fejsie nie trzeba się wysilać, skupiać na tekście, trochę się człowiek prześlizguje po powierzchniach, ale ta zmienność i obfitość pochłania uwagę i wciąga.

Ale wicher! Wszystkie wianki na cmentarzu będą fruwać.
Wstałam o piątej, żeby poczytać, bo mi to weszło w krew, ale urodziny blogaska mnie odciągnęły od zamiarów. A że czytam na kompie, tym łatwiej było zboczyć.

Angielską książkę przeczytałam, całe lato mi na to zeszło ;D
Teraz wciągnął mnie „Enneagram – typy osobowości” z pasją próbuje rozszyfrować kim jestem, odnajduję się w zbyta wielu typach ;D, krewnych i znajomy też rozgryzam i niektórzy są wypisz wymaluj jeden typ, na przykład teściowa , Enneagramowa  trójka, mogłaby za karykaturę robić z tym swoim nieustannym (patrzcie na mnie, czy wszyscy widzą jaka jestem wspaniała, ja wszystko mam najlepsze). Mój ojciec też jest trójką, ale na zupełnie innym poziomie, też mu się wydaje, że to jak widza go inni jest takie ważne , i że to jak on widzi sam siebie jest tożsame z tym jak widzą go inni. Ale nie epatuje tym, ceni to sobie (ten swój wizerunek) w sobie samym.

Menopauza mnie torturuje, dotychczas sporadycznie, raz na jakiś czas miewałam uderzenia gorąca w nocy, ale teraz mam również w dzień. Jakość snu znacząco mi się pogorszyła, wybudza mnie to czasami kilka razy w ciągu nocy. Jak to przetrwać? Ile to potrwa?

poniedziałek, 29 lipca 2024

rejestr


 Ale zimno! po tych upałach człek drży przy 20 stopniach.

Kury ogarnięte, małż do śniadania ma przelecieć talerzówką ścierniska, a ja zasiadłam, żeby uzupełnić papierologię, bo w ramach ekoschematów rolnik teraz musi każdy wyjazd w pole odnotować w kartotekach, powierzchnia, numer działki, data i tym podobne pierdoły. To moja działka, małż jest od robót praktycznych a ja od abstrakcyjnych ;D

Dziś chciałam pochylić się nad Buryśka i pokłonić się jej.

                                            

Obie moje koteczki staruszki w 17 wiośnie życia nagle weszły w smugę cienia. Jeszcze niedawno bawiły się jak kociaki, łapały myszy, wiodły beztroskie kocie życie, raptem zmarniały, schudły, zdziadziały, zniedołężniały.

Burysia znikła na 4 dni, oboje z małżem stwierdziliśmy, że poszła umrzeć. Tęskniłam za nią, opłakałam ją i pomyślałam, że chciałabym ją jeszcze raz wytulić, wygłaskać na pożegnanie. I przyszła!

Wytuliłam, wygłaskałam, zaniosłam do domu na kanapę, nastawiałąm misek z jedzeniem, ale tylko napiła się wody i chciała iść na dwór. Z pierwszym spojrzeniem, wiedziałam, że ona jest umierająca.
Tak jakby usłyszała moje życzenie i przyszła się pożegnać. Nigdzie jej nie ma, szukałam wszędzie.

Tak mentalnie się z nią łączę, żeby jej było lżej, bo umieranie jest trudne. Dziękuję jej że była, mieszkałyśmy w symbiozie tyle lat.

Umieranie babci śni mi się ciągle, ale gdyby nie te zmagania z przejściem, miałabym ogromną dziurę w sercu. Doświadczenie tego trudu i mozołu rodzi zgodę na śmierć.
I czy to człowiek czy kot, chcesz mu tego oszczędzić, i lepiej niech odejdzie zawczasu, bo przecież każdy musi. 

Teraz kolej na Plamkę, ledwo łazi, zgarbiona, chuda, ale jeszcze je.



Jest we mnie zgoda, ale płacze się samo. Cóż takie życie...
Doceniam, że dane mi było przeżyć taką międzygatunkowa więź.

Małż wróci na śniadanie i się zdziwi, co ja taka zaryczana, ale on zna moją turbo wrażliwość.
Zawsze go zdumiewa, że płaczę gdy słucham Wodeckiego, to będzie żartował, że wzruszył mnie rejestr zabiegów agrotechnicznych. 

niedziela, 14 lipca 2024

groch z kapustą

 Dziś niedziela, taka prawdziwa, bo popadało i nie będzie żniw. Wreszcie trochę schłodniało, bo wczorajsze 36 stopni było nie do wytrzymania.

Iksiński nie ma niedzieli, serwisuje kombajn, musi teraz robić za dwóch, bo młodszy Iksik wreszcie znalazł pracę i wyjechał. Ja robię za przyboczną, ale nie mam prawka na traktor, a na samą myśl o ciąganiu ciężkich przyczep chce mi się płakać ze strachu. Zaraz mnie katastroficzne wizje napadają.

Wykosiliśmy już jęczmień i rzepak. Po koszeniu jęczmienia w ekstremalnie wysokich temperaturach i kurzu Iksiński dostał zapalenia spojówek. Bizon nie ma klimy, taki kombajn jest jak piekarnik, a podczas koszenia rzepaku przestały działać wiatraczki w kabinie, ale taki kombajnista w trakcie roboty wstępuje na inny lewel egzystencji, ma supermoce i dokonuje niemożliwego. Bez klimy, bez wiatraczków, w morderczym upale i jeszcze wszechświat co chwilę rzuca kłody pod nogi. A to pęka przewód  i olej od hydrauliki tryskając na rurę wydechową zapala się, a to filtr się zapcha, a to kosa złamie, a to łańcuch w podajniku się urwie, a to główny pas co napędza całą maszynę się rozsypie. Każdy dzień takiego kombajnisty jest jak bieg przez płotki i cała rodzina biegnie razem z nim i tak skaczemy od świtu do nocy. czasem taka burza daje chwilę wytchnienia.

Mój ogródek był taki idealny, wyplewiony, wypieszczony, kartofle bujne, rządki równiutkie i obrobione, ale niknie w oczach. Kartofle już stonka kończy, ogórki uschły, cebula drobna i byle jaka.

W tym roku, motywem przewodnim były buddyjskie mowy dammy, których namiętnie słuchałam przy robocie na You Tube. Piotr Płaneta - tak mi ten chłopak przypadł do gustu że nikogo tak mi się nie chce słuchać jak jego.
I mają te jego mowy zastosowanie i w ogrodnictwie, wszystko jest nietrwałe, rób co potrafisz najlepiej jak możesz, ale niczego nie oczekuj, i do niczego się nie przywiązuj, odpuść. Zostawiam linka, może kogoś też pociągnie i przyniesie ulgę. przypadkowy filmik, jest ich wiele jego na kanale.





Buddyzm mnie kręci, do reinkarnacji byłam przekonana od zawsze, a tak życiowo mam pomieszanie z poplątaniem. Kilka lat nie jadłam mięsa i nawet nie wiem dlaczego, alkohol jest mi obcy, wzdrygam się na samą myśl, nie pragnę i żadnym wyrzeczeniem jest nie picie go. Ale jestem hodowcą kur (dla jaj), od roku również kaczek. Niebuddyjskie jest hodowanie kaczek na mięso i rosół, ale nie mam konfliktu wewnętrznego. Pewnie jeszcze musze się trochę powcielać, żeby złapać wyższy pułap ;)

Nasze kaczki mają zajebiste życie, ciepło słońce lato, trawka, siekiera, rosół, szybko sprawnie. Iksiński jest katem i wstępnym skubaczem, ja już tylko wykończeniówka i ćwiartowanie. Zdumiewam się tym, że to mnie nie przeraża, nie smuci, jakąś inną opowieść o tym w głowie mam, jest spokój, wdzięczność, natura i nawet podziw jak taka kaczka w środku jest uporządkowana, że tak ją natura zrobiła, że ona żyje, działa, że taki porządek jest w jej ciele.

Kaczki najwięcej korzystają z mojego ogródka, fanki sałaty i cukinii.




Tak mi się poprzewracało ostatnio, że wstaję o 4 a chodzę spać o 22, ale rano jest chociaż troszkę chłodniej. Dom już się tak nagrzał, a noce takie ciepłe, że nie ma jak chłodu nałapać.





Karmelka jest szalona, poluje na wszystko, straszy kury, napada na psy, gryzie i drapie ludzi, ale wszystko dla fanu, a potem słodko śpi.
Bocianek intensywnie trenuje, lada dzień wzbije się w przestworza. 
Uprasza się o trzymanie kciuków za kombajnistę i sprzęt (oraz przyboczną).




piątek, 28 czerwca 2024

Żniwa

 Koczuję na polu, mężu kosi to pomacham do was.

Patrzcie jaka chmura była, na szczęście się rozeszła 

Zdążyłam wszystko ponakrywać.

Wczoraj mieliśmy pożar kombajnu, przytomność małża i gaśnica uratowały wszystko.

Donoszę że książkę w obcym języku czytam wytrwale, wstaje o 4.30, bo w ciągu dnia nie ma kiedy. Chodzę spać z kaczkami, Musowo je zaganiać, bo nie spieszno im do kurnika, przypuszczam że zasypiam szybciej niż kaczki. Ledwo po 22 a ja już się słaniam na nogach.

Jutro odpust w naszej parafii, myślałam że obejde go szerokim łukiem, ale teściowa i szwagierki się zapowiedziały z wizytacją. Mam ambicję jeszcze sernik upiec ...

Może mi starczy pałera, bo tymczasem w pół do dziewiątej a ja choć na ściernisku, to w lesie z sernikiem.


piątek, 31 maja 2024

 W trakcie psiego spaceru zajechałem do świątyni dumania, siedzę na prowizorycznym tronie z pustaka i deski i grzeje się na słoneczku.

Opryszczka mi zakwitła w kąciku ust i boli mnie głowa. Mrowi mnie policzek i oko, normalnie czuję się chora.To kosiarka wyszła mi bokiem.

Chciałam wykosić posesję babci, bo jest na trasie procesji bożociałowej, ale zepsuł mi się napęd w trakcie roboty, więc pchałam na chama. Tak się zmęczyłam, tak się przesiliłam, że aż sią tam bałam że jakiegoś udaru dostanę. Poddałam się ostatecznie, ale od frontu wykosiłam. 

Ciało zaciągnęło hamulec ręczny i odpowiedziało opryszczką. 

Zapału nie mam do czegokolwiek.

Jęczmień już żółknie, chyba będą wcześniejsze żniwa. Będzie kolizja żniw i szumnych urodzin teściowej na które zaprosiła wszystkich, nawet moich rodziców i moje synowe, przez co trochę się lękam.

Dobra, jadę na śniadanko, głodna jestem, znaczy się będę żyć.

Czym traktujecie opryszczkę?

poniedziałek, 27 maja 2024

CPZ

 W moim papierowym pamiętniczku miałam taki cykl : Codzienna Porcja Zachwytu, w skrócie CPZ.

Praktykowałam go latem siedząc na łonie natury, tak jak i teraz siedzę. Jest ciepło, muchy bzykają, świat pachnie, powietrze jeszcze krystalicznie chłodne, choć słońce już penetruje moje ciemne ubranie. Koguty pieją, żaby rechoczą na łąkach, ptaszory śpiewaja, kakofonia nienachalnych dźwięków. 

Rano jeszcze mózg w letargu, bardziej odbiera niż nadaje.

Postanowiłam wcześniej wstawać, wszystko przez PIS.

Śmieszna historia się z tym wiąże, wstawać chce wcześniej bo słońce świeci i szkoda czasu na spanie, a historia taka:

Domek babci stoi w centrum miasteczka i płot jest atrakcyjną powierzchnia reklamową. Raz na jakiś czas przyjeżdża facet płaci stówę za miesiąc i coś wiesza. No i tym razem zadzwonił, umówiłam się z nim  pod biedrą, bo akurat byłam na zakupach, zapłacił, podpisałam kwitek.  W międzyczasie ojcu przez telefon opowiedziałam, jak to mi się udało znowu stówkę zarobić Wąż w kieszeni ojca radośnie zamachał ogonkiem. "A pewnie, niech płot zarabia"- entuzjastycznie skomentował.

Nawet nie zapytałam co tym razem będzie wisieć ;D Jadę, patrzę a tam Mariusz Kamiński do parlamentu się reklamuję na babcinym płocie. Babcia byłaby szczęśliwa, bo to jej partia, ale ojciec zagorzały wróg PiSu,aż się skrzywił jak się dowiedział;D

Taki wstyd, w Boże Ciało będzie szła procesja i wszyscy będą widzieli:D

Mi jest to szczerze obojętne, czy PiS czy PeO dla mnie to tylko druga strona tego samego medalu.

Ze stówy się ucieszyłam i postanowiłam kupić sobie książkę, nad którą się od dawna zastanawiam, bo jest po angielsku. 700 stron! Moja przyjaciółka Ala Warszawska żartuje, że  to był interes życia, bo już żadnej książki nie będę musiała kupować, bo tę będę czytać do końca swoich dni ;D

Angielskiego uczyłam się trzydzieści lat temu, w liceum, a ostatnio miałam powtórkę, bo dziecko sąsiadów w czwartej klasie potrzebowało pomocy w nauce, bo rodzice się z angielskim nigdy nie widzieli.

Jako samozwańcza wiejska guwernantka nie mam szczęścia do podopiecznych. Dwa lata temu uczyłam Oliwkę tabliczki mnożenia. Trzy miesiące, dwa razy pięć u niej zawsze było 12.

Dzięki bogom wyjechali do Niemiec. Teraz synek sąsiadów, też oporny na wiedzę. Ja się spalam, angażuje, on chce tylko zdać.

A książkę napisała kobieta ( Fran Grace) która była blisko Dawida Hawkinsa w ostatnich latach jego życia, a jako bezbrzeżna fanka jego twórczości jestem jej bardzo ciekawa.

Wszystkie książki Hawkinsa jakie ukazały się po polsku mam na półce i przeczytałam, niektóre wielokrotnie.

No i teraz przez PiS muszę wcześniej wstawać, żeby dzień był dłuższy.

Jak myślicie dam radę? 700 stron po angielsku?